niedziela, 4 grudnia 2016

Łan Cafe - łąki nowohuckie

Nie było mnie tu bardzo dawno, no ale jestem usprawiedliwiona gdyż pochłonęło mnie życie :D Ale ciasta w Łan Cafe są tak dobre, że aż warto wrócić z blogowego wygnania. Są dokładnie w moim stylu, dokładnie tak niesłodkie jak lubię i sama piekę. A że ostatnio rzadko piekę, rzadziej niż bywam na Placu Centralnym, to kilka razy już trafiłam do Łan Cafe. 

Miejsce całkowicie niepozorne. Osiedle Centrum E, blok 25, ten pierwszy od NCK-u, kawiarnia to malutka dziupla w rogu, od strony Łąk. Cztery malutkie stoliki w środku, stolików na zewnątrz więcej, stały długo, a pod podcieniem chyba nadal coś stoi. Miejsce do siedzenia fantastyczne, bo z dala od ulicy, z jednej strony Łąki, a z drugiej też łąka, ta pomiędzy NCK-iem a Centrum E. 

W menu nie ma byle czego. Ciasta domowe, robione przez właścicielkę to dokładnie takie ciasta jakie zrobiłabym sama. Myślę, że jakbym kupiła na święta to nikt by się nie zorientował, że to nie domowa produkcja, poza tym że mnie się zdarza coś schrzanić, a tu wszystko piękne ;) Także smaki zdecydowanie moje w związku z czym mogłabym jeść codziennie
Kawiarnia nie posiada w menu herbaty torebkowej, co też jest super plusem (choć powinno być standardem u wszystkich), ale że nie jest, to tym lepiej dla Łan Cafe. Kawa, czekolada, wszystko robione od podstaw, żadnych proszków. Piwa - tylko rzemieślnicze, o ile mogłam się zorientować, grzaniec robiony osobiście z prawdziwego wina i piwa. 

Uff co za ulga, iść gdzieś i wiedzieć, że dostanie się prawdziwe jedzenie i picie, lepsze niż w domu. Atmosfera przyjazna, super widoki, brak samochodowych oparów.

Czy można chcieć czegoś więcej? No w sumie, jedną rzecz. Ze względu na wielkość, w kawiarni brak toalety dla gości. Jest to pewna uciążliwość w miejscu gdzie podaje się napoje, a w szczególności piwo. Przez to do Łan Cafe wpadamy w przelocie, choć chciałoby się posiedzieć cały dzień.

Można też inaczej: zamówić w Łanie ciasto i kawę (herbatę, inny napój) na wynos i potuptać na Łąki, tam przysiąść na ławeczce i wciągnąć. Oczywiście zabierając potem kubeczek i pudełko ze sobą w celu wrzucenia do kosza.

Ogromnie się cieszę, że Huta ożywa. Z dumą pokazuję tę moją okolicę. Ścieżki między blokami, takie jakie na Bronowicach nazywają się Parkiem (patrz: Młynówka Królewska - niczego jej nie ujmując). No i w końcu super miejsca, gdzie można zjeść i wypić w kulturalnej atmosferze. Jest pięknie.

EDIT: Toaleta już jest. W związku z tym mają ode mnie 10/10.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Jabłka papierówki do słoików

Dostaliśmy wczoraj trzy łubianki papierówek prosto z rodzicielskiego drzewa. Pytali czy chcemy, bo u nich słodkie przetwory nie schodzą, a smutno patrzeć jak wszystkie gniją pod drzewem. Dostaliśmy nawet z dostawą do domu :) I ze wspólnym obiadem stworzonym wspólnymi siłami - jedno danie ich, drugie nasze i ciasto do tego. Zastanawialiśmy się co zrobić z tych jabłek. W łubiankach wyglądały bardzo niepozornie (czy z tego w ogóle wyjdzie jakiś przetwór?), zgoła odmiennie sytuacja zaczęła się przedstawiać gdy tylko zaczęliśmy przygotowywać te jabłka. Usuwanie gniazd nasiennych chwilę trwało i mimo tego, że przygotowałam sobie wygodną miejscówkę na balkonie w czasie burzy (uwielbiam oglądać burzę, zwłaszcza jak mi się na łeb nie leje :p), już trochę miałam dość, a męża nie śmiałam angażować, bo odpoczynek mu się słusznie należał po szorowaniu lodówki. Na szczęście sumienie go ruszyło i dokończyliśmy już razem ;)

Miał być dżemik i jabłka prażone. Po konsultacji z paroma przepisami doszliśmy do wniosku, że w zasadzie jeden pieron, bo niezależnie czy przepis jest na dżem czy na prażone, to wygląda on dokładnie tak samo. Jabłka, cukier, obróbka termiczna. Finito.

No to dodaliśmy cukru, nieco wody, bo nie chciało nam się czekać aż puszczą sok (o leniwi my) i odpaliliśmy gaz. Poza usuwaniem gniazd i myciem słojów, chyba najszybszy przetwór świata. Jabłka mają tyle pektyn, że żelują błyskawicznie. Nie zdążyliśmy przygotować słoików, kiedy jabłka były gotowe. Jest to świetny przetwór na szybkie akcje. Nie tylko do szarlotki, ale też do ryżu z jabłkami, kaszy manny, wszelkich deserów, do naleśników i wielu innych. Oczywiście w tej chwili kupienie jabłek przez całą zimę to żaden problem, w zasadzie na naszym placu pytanie jest tylko od kogo, bo sprzedawców jest ze dwudziestu od września do kwietnia, ale kupowanie i prażenie na bieżąco, to jednak jakiś czas w plecy, gdy czas ucieka, warto otworzyć sobie słoik i na szybko przygotować pyszny obiad :)



Składniki:
jabłka
cukier
szklanka wody na spód (opcjonalnie)

Sposób przygotowania:
Jabłka umyć, usunąć gniazda nasienne i najbrzydsze kawałki skórki (z tym się nie postaraliśmy, ale kij z tym, następnym razem), zasypać cukrem. Ambitni i ci co robią na raty z innych przyczyn czekają, aż puści sok (nawet 24h) leniuchy podlewają wodą. Gotować na niewielkim gazie, aż jabłka będą miękkie i rozpadną się. Od czasu do czasu mieszać, żeby nie przywarło. U nas rozpadła się większość, reszta wjechała do słoików w kawałkach, bardziej nam odpowiada taka mieszana konsystencja. Poza tym chcieliśmy iść wcześniej spać :D Gotowe jabłka pakować do wyparzonych słoików. Pasteryzować. U mnie jeden słoik nie załapał po pasteryzacji w piekarniku, lecę go zagotować na mokro, póki czas.

niedziela, 31 lipca 2016

Francuskie ciasto jogurtowe

Podobno najprostsze ciasto, pierwsze, którego uczą się francuskie dzieci. Całkiem możliwe, mnie w produkcji najbardziej przypomina muffinki. Przepis znalazła koleżanka w książce o wychowaniu dzieci :p Zarówno ona jak i ja zrobiłyśmy własne modyfikacje przepisu, o których w nawiasach. Wydaje się, że tego ciasta zepsuć się nie da, choć u mnie w okolicach środka zrobił się lekki zakalec (nawet bym nie zauważyła, bo lubię mokre ciasta, a wyrósł przepięknie, ale mąż ma jakiś radar na zakalce i jak chce mnie wkurzyć, mówi, że w Buczku zakalca nie ma). Jest za to tona cukru w cieście, którego nie ma u mnie :p



Ciasto odmierza się kubeczkami od jogurtu, więc można spokojnie użyć innych naczyń (tak zrobiłam, nie kupuję małych jogurtów)

Składniki: 
2 kubeczki jogurtu naturalnego 150g
+kubeczki po jogurcie do odmierzania składników (ja odmierzałam szklankami, przy czym użyłam 1,5 szklanki jogurtu i pół maślanki, bo akurat miałam, koleżanka robiła go też na kefirze - mówi, że nawet lepsze wyszło niż na jogurcie)
2 jajka
2 kubeczki cukru (dałam pół szklanki)
1 łyżeczka wanilii (nie dałam i cieszę się z tego)
niepełny kubeczek oleju roślinnego (dałam z pestek winogron, bo był)
4 kubeczki mąki (dałam mniej, bo ciasto wychodziło za gęste, pozostawiłam je w konsystencji jak na muffinki, koleżanka dodaje wody gazowanej)
1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia (miałam tylko łyżeczkę, dodałam sody oczyszczonej i soku z limonki)

Sposób przygotowania:
W jednej misce wymieszać składniki mokre i cukier, w drugiej mąkę z proszkiem do pieczenia. Powoli przesiewać mąkę do mokrych składników mieszając łyżką lub trzepaczką balonową (próbowałam ortodoksyjnie łyżką, ale ilość grud skutecznie mnie przekonała do trzepaczki) do połączenia się składników. Ciasto wylać na blaszkę lub tortownicę (u nas tortownica 22cm), piec ok. 35 min. w temp. 200 stopni (u nas prawie godzina, bo owoców było dużo, a i tak mąż złośliwiec wypatrzył zakalca). Urosło pięknie aż do brzegu tortownicy. Pycha :)
Do ciasta można dodać owoce, u nas są tylko na górze za to dużo białej porzeczki, bo akurat wychodziła z lodówki. Mąż podejrzewa, że rewelacyjnie będzie smakowało z wiśniami. Jak wydryluje, to nawet mogę się z nim zgodzić.

Ogórki curry Dany

Rewelacyjny przepis pochodzący od mamy koleżanki, już od dobrych paru lat robi furorę u mnie w domu. Do tej pory z przepisu korzystał mój ojciec, nam w zeszłym roku się nie udało, bo przepis dotarł kiedy już było po ogórkach. Udało nam się zrobić za to fantastyczną paprykę, która od zeszłego sezonu znajduje się już na blogu (za to w schowku nie ma już ani jednego słoiczka, choć na przykład zostały uwielbiane przez męża dynie i gruszki w syropie). Mamy nadzieję, że się udadzą, bo zeszłoroczna sałatka szwedzka była wielkim niewypałem (w koszu wylądowały WSZYSTKIE słoiki), więc z pewnym drżeniem zabraliśmy się za kolejny octowy przetwór ogórkowy. Ale jeżeli się udadzą, to zdecydowanie warte ryzyka. Są przepyszne.



Składniki:
4 kg ogórków gruntowych
6 cebul
3 filiżanki cukru
2 filiżanki octu
1 torebka przyprawy curry (ok. 20-22g)
2 łyżki soli

Sposób przygotowania:
Umyte ogórki pokroić nożem na cienkie plasterki (można użyć malaksera, ale raczej z nożem krojącym na grubsze plasterki, inaczej ogórki zbytnio się rozpadają - my poszliśmy na skróty i właśnie tak pokroiliśmy ogórki, po nabraniu pewnej wprawy z umieszczaniu ogórków w robocie plastry były już miodzio). Cebule pokroić w piórka. W oddzielnym naczyniu zrobić zalewę z pozostałych składników, wymieszać. Nie przejmować się, że zalewy jest mało, ogórki puszczą wystarczającą ilość soku. Odstawić na 3h do zmacerowania i puszczenia soku. Po 3h przemieszać całość łyżką i pakować ciasno do słoików, zalać zalewą (nam zostało zalewy, choć byliśmy pewni, że braknie). Pasteryzować na mokro (w garnku) przez 15-20 minut.

Odpowiadam od razu na wątpliwość (którą my mieliśmy i musieliśmy telefonicznie rozwiać), że w tej zalewie NIE MA wody. Jedyna woda, to sok, który wypłynie z ogórków.

piątek, 29 lipca 2016

Omdlał imam w oliwkach

Omdlałego imama chyba niewielu smakoszom trzeba przedstawiać. To dość popularne tureckie danie jest po prostu faszerowanym bakłażanem w wersji wege. Powiedziałabym, że w sam raz na upał, ale po zjedzeniu (zapewne zbyt dużej) porcji zaległam na łóżku nie mogąc powstać oraz głośno narzekając na mój los osoby ugotowanej na twardo w stanowczo zbyt młodym wieku ;) W związku z tym mam swoją teorię dlaczego imam zemdlał, myślę jednak, że z taką historią danie nie miałoby szans zrobić światowej kariery. 

Dotychczas udało mi się znaleźć trzy historie omdlenia imama. Pierwsza, to oczywiście omdlenie z rozkoszy po zjedzeniu tego dania.  Haha, jak ładnie można napisać, że się facet obżarł i omdlał od tego ;) Druga to omdlenie na wieść ile drogocennej oliwy zostało zużyte do tego dania (u nas miałby dobrze, tylko jakieś 2 łyżki). A trzecia - też związana z oliwą - że omdlał na wieść, iż skończyła się dobra oliwa, w związku z czym więcej tego dania nie dostanie.



Do swojej wersji dodałam oliwki, co podpatrzyłam na blogu W koperkowej kuchni

Składniki:
2 bakłażany
2 małe cebule
2 duże pomidory
2 ząbki czosnku
pęczek natki pietruszki
sól, cukier, pieprz, gałka muszkatołowa
łyżka soku z cytryny (u mnie limonka)
+ oliwki (najlepsze czarne, u mnie mieszane czarne suszone i zielone)

Sposób przygotowania:
Bakłażany można delikatnie podpiec, ale nie jest to konieczne. Odpuściłam sobie ten etap. Wydrążyć miąższ z bakłażanów. Wydrążone bakłażany ułożyć w naczyniu żaroodpornym odrobinę polanym oliwą.  Na patelnię wlać nieco oliwy, cebulę pokroić w piórka, zeszklić na oliwie, dodać pomidory, czosnek, wydrążony miąższ z bakłażana, dusić razem, doprawić do smaku solą, cukrem, pieprzem i gałką muszkatołową. Pod koniec duszenia dodać 2/3 pęczka natki (mam duże pęczki, z placu) i oliwki. Gotowe nadzienie zapakować do bakłażanów, zapiec w piekarniku, aż bakłażany będą miękkie w temp. 180 stopni.

Podawać z jogurtem naturalnym (pasuje gęsty, w końcu to śródziemnomorskie danie) i resztą zielonej pietruszki.
Wypas po pachy. Mieliśmy nawet z mężem pewien spór, czyj przepis na bakłażana jest lepszy, jego z mięsem (tak uważam), czy mój z warzywami (on tak sądzi). Doszliśmy do porozumienia. Ten, który podstawiony pod nos ;) a oba tak samo dobre, choć każdy inaczej.

Kompot z papierówek

Jak już wspominałam, kompot na zimę to najprostszy przetwór świata. W zależności od tego czy jesteście porządni czy leniwi, jego przygotowanie zajmuje niewiele lub ekstremalnie mało czasu. Największym problemem jest przygotowanie jabłek (pokrojenie, usunięcie gniazd nasiennych), ale można robić to na kanapie, więc dramatu nie ma :)

U mnie wersja dla leniwych. W wersji dla porządnych gotuje się wodę z cukrem i takim czymś zalewa jabłka. Leniwi pakują jabłka do słoików, wsypują cukier i zalewają wrzątkiem. Robiłam wg obu przepisów, różnicy w smaku nie odnotowałam.



Składniki:
jabłka
woda
cukier

Sposób przygotowania:
Słoiki wyparzyć. U nas najlepiej do kompotów sprawdzają się słoiki półlitrowe lub nieco większe (takie w jakich sprzedają np. śledzie). Do wyparzonych słoików napakować ćwiartki jabłek, im gęściej tym lepiej. Na wierzch nasypać po ok. 2 łyżki cukru na słoik, zalać wrzątkiem. Poczekać aż bąbelki powietrza wylecą ze słoika, ewentualnie dolać wrzątku, zakręcić, zapasteryzować. Robię to w piekarniku w temp. 95 stopni przez ok. 1h.

W zimie odkręcić, wlać do garnka, rozcieńczyć wodą, zagotować i gotowe.

Biszkopt z owocami

Trafiła się klęska urodzaju w temacie papierówek. Jakiś czas temu pozbieraliśmy trochę papierówek od rodziców, potem dostaliśmy siatkę od babci i wciąż nie mogliśmy się zebrać by coś z tym zrobić. Papierówki zaczęły wychodzić same, więc w końcu temat zrobił się pilny. Zasiadłam więc sobie wygodnie, przygotowałam dwie miski na jabłka (te lepsiejsze - bardziej twarde i jędrne i te miękkie do zjedzenia na już) i zaczęłam wycinać wszystko co złe oraz gniazda nasiennie. W sumie można było je (ogryzki) zostawić i ususzyć, byłyby na przyszły rok do dżemu truskawkowego. Czyste pektyny. Jak skończyłam, zabrałam się za robotę jeszcze żmudniejszą (na szczęście dalej robiłam ją w pozycji rozwalono-wygodnej) to znaczy przebrałam resztę czarnej porzeczki, która już od dłuższego czasu mieszkała w lodówce, a w związku z tym od zapachu niektórych co słabszych egzemplarzy można było się poczuć jak na lekkim rauszu ;) Potem już z górki. Z tych lepsiejszych powstał kompot do słoików (chyba najprostszy przetwór świata), a z reszty biszkopt z owocami, również wykonany głównie przez robota kuchennego, praktycznie bez udziału człowieka :) Tak się elegancko umiem ustawić.



Składniki:
na ciasto (tortownica 20-22 cm)
5 jajek (im świeższe tym lepiej)
pół szklanki cukru
3/4 szklanki mąki pszennej tortowej (najlepsza o jak najniższym numerku - u mnie tym razem 390 sprzedawana pod nazwą królowa kuchni)
1/4 szklanki mąki ziemniaczanej

+ owoce: ćwiartki jabłek bez gniazd nasiennych, czarna porzeczka (a tak naprawdę to co w ręce wpadnie), z owocami nie trzeba się ograniczać, im więcej tym smaczniejsze ciasto

Sposób przygotowania:
Ubić pianę z białek, dodawać powoli cukier ciągle ubijając, dodawać po jednym żółtku też ciągle ubijając. Teraz, jeżeli ktoś ma mikser/robot wyposażony w funkcję "powoli" to ma szczęście, może powolutku przesiewać mąki do misy i powolutku je wmieszać do ciasta, ja niestety takiego szczęścia nie mam, wszystkie moje urządzenia mają trzy funkcje: szybko, bardzo szybko i pierońsko szybko. No ale jeden mikser ma dobrze ponad 20 lat, a robota dostałam, to wybrzydzać nie mogę. Wyciągam zatem końcówki miksujące z misy robota, biorę trzepaczkę balonową i powolutku przesiewam mąkę mieszając ją do całości powolutku trzepaczką. Nie jest to na szczęście zbyt uciążliwe, zwłaszcza od czasu gdy odkryłam, że wystający z misy dzyndzoł wcale nie przeszkadza i da się wymieszać biszkopta bez przekładania go trzy razy do innych misek. 
Gotowe ciasto przelać do tortownicy, która uprzednio została wyłożona na dnie (tylko na dnie) papierem do pieczenia. Teraz powoli pojedynczo wsadzać do ciasta jabłka. Spokojnie można wyłożyć całe ciasto, najlepiej podwójną warstwą, bo ten biszkopt sam z siebie wychodzi suchy, pięknie rośnie, jest świetny do tortów, bo wychodzi równy, ale sam jest strasznie zamulający, więc dużo owoców idealnie do niego pasuje, potem na wierzch posypać porzeczkę. 

Piec w piekarniku nagrzanym do 160 stopni z termoobiegiem od 30 min do godziny (sam biszkopt piecze się 30-40 min, ze względu na owoce czas się trochę wydłuża, mój piekł się prawie godzinę).



Dziś śniadanie na "słodki ząbek". Ciasto z kawą zbożową. Było nas dwoje, pół ciasta już nie ma.

wtorek, 26 lipca 2016

Tort botwinowy

Inspiracją do tego dania był tort szpinakowy, który już gościł na blogu oraz jego bezglutenowa wariacja na naleśnikach gryczanych. Powstanie tortu botwinowego miało swe źródło w niedostatku na naszym lokalnym placu. Pani, która w zeszłym roku sprzedawała nam najlepszy szpinak przestała go sadzić (już rok temu mówiła nam że woli produkować sałatę), a i u innych sprzedawców ostatnio ze szpinakiem krucho. Powiedziałam więc mężowi, który tym razem reprezentował nas na zakupach, że jak nie będzie szpinaku to żeby kupił botwinę. No i tym sposobem już nie było wyjścia, trzeba było stworzyć tort botwinowy.



Składniki:
na ciasto
2 jajka
szklanka mleka
szklanka wody
mąka gryczana i pszenna 650 (z samej gryczanej dla mnie za mocno daje kaszą)
parę kropel oleju

na nadzienie
2 pęczki botwiny
duża mozzarella (250g)
2 ząbki czosnku
pół pęczka koperku
sok z cytryny

masło

Sposób przygotowania:
Botwinę umyć, pokroić i ugotować (stosunkowo szybko i bez strat idzie na parze). Usmażyć naleśniki z pszenno-gryczanego ciasta. Wysmarować masłem tortownicę odpowiednią wielkościowo do wielkości naleśników (nasza ulubiona żeliwna patelnia smaży naleśniki w sam raz odpowiednie do małej tortownicy). Układać na dół naleśnik, na niego botwinę wymieszaną z czosnkiem, pokrojoną w plastry mozzarellę, posypać koperkiem i polać sokiem z cytryny, ułożyć kolejny naleśnik, czynność powtórzyć i tak do skończenia się składników lub miejsca w tortownicy. Na górę idzie naleśnik, na którego nałożyć odrobinę masła. Całość zapiec w piekarniku w temp. 180 stopni.

Można podać z sosem z jogurtu, soku z cytryny, czosnku i soli, ale samo też smakuje super.

Ogórki kiszone

Ogórki robię co roku od trzech lat. Nie wiem doprawdy czemu ich tu jeszcze nie ma. Co roku się zastanawiam jaka tam była proporcja wody i soli, ale co roku zapominam by wstawić przepis, żeby już nie mieć tego problemu. To tym razem wstawiam. Pewnie coś to ma wspólnego z tym, że tak w zasadzie robienie ogórków kiszonych jest bardzo proste i największy problem to wyparzyć słoiki, bo przy litrowych cały czajnik wrzątku starcza zaledwie na półtora słoja, a ten z kolei na 4-5 ogórków.

W kiszeniu ogórków zawsze jest jakaś magia, o czym przekonałam się rok temu (i nie tylko ja, bo wiele osób miało ten problem). O ile dwa lata temu ogórki wyszły jak marzenie, tak w ubiegłym roku ponad połowę musieliśmy wyrzucić, bo się nie ukisiły lub spleśniały. Za to sałatka szwedzka ukisiła się pięknie, nikt nie wie czemu. No ale nawet paru mistrzom przetworów rok temu nie udały się ogórki, więc nie czuję się osamotniona. W tym roku już widać, że coś z tego będzie. Już zmętniały jak należy i wyglądają smakowicie. Teraz tylko poczekać do zimy.



Składniki:
ogórki gruntowe z pewnego źródła
baldachy kopru
czosnek
korzeń chrzanu
liść chrzanu, czarnej porzeczki lub dębu (u nas zwykle chrzan, w tym roku porzeczka, bo chrzanu nie mieli na placu a porzeczkę owszem)
trochę ziarenek gorczycy
woda
sól
1-1,5 łyżki soli na litr wody

Sposób przygotowania:
Zagotować wodę z solą, ogórki i pozostałe składniki dokładnie umyć. Ogórki można po myciu zostawić w zimnej wodzie by sobie tam poleżały. Wyparzyć słoiki i do każdego wrzucać: baldach kopru, kawałek chrzanu, ok. 3 ząbków czosnku, liść (nie jest konieczny, ale daje fajny posmak całości), gorczycę (też w tym roku nie dałam do wszystkich, bo o niej po prostu zapomniałam). Następnie pakować pionowo ogórki, na słoik wchodzi zwykle 4-5, w zależności od wielkości ogórków. Każdy słoik zalać wodą z solą, zakręcić. Nie pasteryzować. Zostawić w temp. pokojowej na ok. 3-4 dni, potem można wsadzić do chłodnej piwnicy.

Czekać do zimy, jak ktoś lubi, może obgryzać z nerwów paznokcie ;)

Dżem z czerwonego agrestu

Też mieszka już dawno w schowku, a dopiero teraz się zorientowałam, że go nie wstawiłam na bloga. Czemu z czerwonego? Bo kolor ma ładniejszy po zrobieniu, a agrest lubię w każdym kolorze. Jak wszystkie dżemy, prościutki w wykonaniu, a do tego w stosunkowo krótkim czasie, bo wszystkie te owoce z malutkimi pestkami w środku mają dużo pektyn, więc żelują się jak marzenie. Oczywiście jak to zwykle u nas, cukier sypany na oko, najpierw mało, tylko by owoce puściły sok, potem do smaku.

Składniki:
czerwony agrest (ok 3 kg)
cukier

Sposób przygotowania:
Owoce przebrać, umyć, oderwać twarde ogonki, wrzucić do garnka. Zasypać cukrem i zostawić na jakiś czas by puściły sok, zagotować, gotować do uzyskania pożądanej konsystencji.  Można im trochę pomóc miksując część owoców w trakcie gotowania, pójdzie szybciej.

Gotowy dżem wlać do suchych, wyparzonych słoiczków. Zapasteryzować (ja robię to w piekarniku w temp. 95 stopni przez ok 1h)

Sałatka z arbuza z serem i oliwkami

Też jedno z odkryć męża. Ja arbuza najchętniej wyjadam łyżką, ale musi być soczysty i słodki. Sprawdzonym źródłem arbuzów jest nasza lokalna Biedronka i metoda na opukiwanie. Zawsze działa. Tym razem mąż chciał zrobić mi niespodziankę i ogromnego arbuza przytargał z innego sklepu. +100 dla pomysłu, ale więcej tam arbuza nie kupimy, słaby, niesłodki, a w pobliżu skórki ma dziwny smak. Zdecydowanie nie do jedzenia samodzielnie. Na sałatkę nadaje się jednak całkiem nieźle i chyba zanim go zjemy zdąży nam się znudzić ta sałatka :p



Składniki:
arbuz pokrojony na kawałki
ser feta lub inny twardy biały (u nas tym razem kozi)
czarne oliwki (u nas suszone, tym razem takie były,ale są mocno słone)
bazylia

sos:
w oryginale oliwa z octem jabłkowym, ja dałam ocet jabłkowy z kremem z octu balsamicznego,żeby wyrównać brak słodyczy arbuza

Sposób przygotowania:
Wymieszać wszystko. Dobrze podawać od razu gdy arbuz jest chrupki,chyba,że nie był schłodzony, wtedy lepiej schłodzić.

poniedziałek, 25 lipca 2016

Kurczak w nektarynkach

Świetne danie skomponowane przez mojego męża. Muszę je tu wrzucić, bo on jako kulinarny artysta nie pamięta potem co i jak zrobił, więc nie ma jak odtworzyć dania. Już raz dałam się tak wpuścić w maliny z nadziewanym bakłażanem doprawianym na wschodnio. Ostatnio go odtwarzaliśmy z mojej głowy i chyba nie był aż tak dobry jak ten pierwszy będący owocem mężowskiego natchnienia. To danie zostało zainspirowane ulicznym jedzeniem, które mąż miał okazję jeść dawno temu w Budapeszcie oraz mglistą ideą, że w książce The taste of Persia też jest coś z brzoskwinią ;)



Składniki:
4 udka z kurczaka
sól
olej 
czosnek
rozmaryn
tymianek
mała ostra papryczka (u nas pepperoncino)

3 nektarynki
bakłażan
1 limonka (pokrojona na cząstki, z czego 2 wyciśnięte, reszta w całości)

Sposób przygotowania:
Kurczaka osolić i wrzucić do miski z olejem i ziołami, u nas tak leżakował w lodówce od wieczora do południa następnego dnia. Następnie ułożyć w naczyniu do zapiekania, dołożyć pokrojone w cząstki nektarynki, bakłażana w kawałkach i limonkę w cząstkach, dwie cząstki (ósemki) wycisnąć na kurczaka. Zapiec w piekarniku w temp. 180 stopni, aż będzie rumiane.

Efekt jest genialny. Zastąpienie limonki cytryną jest możliwe i nie powinno mieć negatywnego wpływu na smak dania. My akurat ustrzeliliśmy pyszne, soczyste limonki :)

Dżem morelowy

Podobnie jak poprzedni mieszka już w schowku i do zimy tak ma pozostać. No może się złamię bliżej końca lata, jak wyjemy do końca przetwory z zeszłego roku. Wiele ich już nie zostało, uwielbiamy domowe przetwory i mamy to szczęście, że chętnie sami je robimy, chętnie robi je również teściowa oraz mój ojciec. Także jakby nam przypadkiem brakło, to nie musimy uciekać się do kupnych. Całe szczęście. Ostatnio zdarzyło nam się wyjadać jakiś stary kupny dżem z maliny moroszki (której szczególnie w ilości odpowiedniej do dżemu w Polsce nie sposób kupić) i mimo, że niskosłodzony, był o wiele dla nas za słodki, za to miał listę składników jak pół powieści.
Zawsze gdy przy kolejnej godzinie gotowania, już troszkę nam nerwy puszczają, staramy się przypomnieć sobie o tym jaka radość jest w zimie ze świeżo otwartego słoiczka, no i jaki zawód gdy przypadkiem spróbujemy czegoś kupnego.

Tym razem dżem powstał z ok. 3 kg moreli. Najpyszniejszych jakie jadłam w tym roku. Dojrzałe, soczyste, najchętniej zjadłabym wszystkie. Ale tak dojrzałe, że gdybym nie przerobiła na dżem tego samego dnia, to muszki owocówki miałyby używanie. Także z żalem się poświęciłam i trochę słońca zapakowałam do słoików.

Składniki:
morele (u nas 3 kg)
cukier (do smaku)
sok i pestki z pół cytryny 
(proporcje widziałam różne, łącznie z sokiem z całej cytryny na 1 kg owoców - na pewno przy niewielkiej ilości cukru sok z cytryny działa konserwująco, ale nasza cytryna była tak soczysta i intensywna w smaku, że powstałby dżem cytrynowy. I tak pasteryzujemy przetwory, więc dramatu nie ma).

Sposób przygotowania:
Morele umyć, pozbawić pestek, wrzucić do garnka. Dodać cukier i odrobinę wody, poczekać chwilę by puściły sok. Jeżeli morele są bardzo soczyste może wystarczyć sam ich sok, nie trzeba wtedy dodawać wody (to tylko po to by na początku gotowania się nie przypaliło, ta woda musi potem odparować, więc im bardziej mączyste tym potrzebniejsza). W trakcie gotowania dodać sok z cytryny. Niektóre przepisy zalecają sok dodać na końcu, moim zdaniem lepiej od razu, bo morele będą miały ładniejszy kolor. Gotować do osiągnięcia pożądanej konsystencji. Jeszcze słowo o pestkach z cytryny. Mnie nie przeszkadza wybieranie ich z dżemu, nie jest to uciążliwe, ale jak ktoś jest estetą, to polecam pestki zawinąć w gazę, związać jak woreczek i uwiesić u brzegu garnka (tak by pływały sobie w dżemie). Pestki cytryny mają sporo pektyn, podobnie ogryzki jabłka, więc można użyć również ich.

Gotowy dżem zapakować do wyparzonych, suchych słoików, zakręcić, zapasteryzować (u mnie w piekarniku w temp. 95 stopni).

Dżem jagodowy

Wszystkie słoiki wyniesione do schowka w ramach wczorajszego sprzątania, więc na razie nie doczekają się foty. Z resztą, cóż jest ciekawego w słoiku przetworów, szczególnie nieotwartych, a otwierać nie będę bo wyszło za mało żeby marnować teraz gdy łatwo dostępne są świeże owoce. Aktualnie wyjadamy jeszcze dżemy z ubiegłego sezonu (marne resztki) i do woli obżeramy się świeżymi owocami, których na szczęście na naszym lokalnym placu targowym jest bardzo dużo.

Niestety jeżeli chodzi o dżem jagodowy, to wiele zależy od surowca jaki akurat się trafi. U nas powstały dwie partie dżemu, z czego jedna z resztek po jagodziankach (nie wiem czy był tam litr, szczerze w to wątpię) a druga z półtora litra nawet z jakąś górką. Finalnego produktu wyszło mniej więcej tyle samo. Po prostu w drugiej partii było więcej wody w owocach. Borówki dość długo są bardzo rzadkie, więc jak ktoś nie ma cierpliwości, można ułatwić sobie zadanie żelfixem, Ja też często pomagam moim przetworom po prostu miksując część owoców. Łatwiej się wtedy uwalniają naturalne pektyny i szybciej to idzie. 
Podobno dżem jagodowy ma jeszcze inną supermoc (ja tam nie wiem, nigdy nie zaobserwowałam)  - pomaga uporać się z biegunką, bo ponoć borówki mają właściwości 
zapierające. No cóż, ja tam słyszałam tylko o borówkach obsikanych przez lisa od których biegunki raczej można dostać, a nie wręcz przeciwnie :p więc pozostanę przy walorach smakowych.


Składniki:
borówka leśna
cukier
(nie podaję proporcji, bo każdy ma inne preferencje, my dajemy bardzo mało cukru, sypiemy na oko troszkę, byle tylko owoce miały szansę puścić sok, a potem, gdy owoce ten sok puszczą i całość się zagotuje sprawdzamy czy cukru jest dość, czasem dosypujemy, czasem nie, ale i tak wychodzi często 100-200g cukru na 1 kg owoców).

Sposób przygotowania:
Porządnie umyć borówki pod ciepłą wodą. Wrzucić do gara, zasypać cukrem, zostawić żeby puściło sok. Podgrzać na małym ogniu, poczekać aż zgęstnieje (trwa to dość długo), można ułatwić sobie sprawę miksując część owoców podczas gotowania. Gorący dżem przelać do wyparzonych słoików, zakręcić suchymi i czystymi zakrętkami. Zapasteryzować. Ja robię to w piekarniku w temp. 95 stopni. Wyjąć, odwrócić denkiem do góry, żeby zakrętki zassały. Ogólnie ten dżem jest raczej z tych rzadszych, ale częściowo zmiksowany nawet sensownie zżelował jak wystygł. Niemniej jak ktoś lubi, żeby dżem miał stałą konsystencję, to polecam jednak żelfix.

W związku z tym, że ten dżem jest długo rzadki, można spokojnie użyć żelfixa. Wtedy nie należy pasteryzować dżemu (raz zepsułam to wiem ;)).

wtorek, 19 lipca 2016

Jagodzianki

No nie mogłam się powstrzymać. Już drugie w ciągu tygodnia (no musiałam, bo pierwsze nie doczekały zdjęcia). W sumie nie powinnam jeść zbyt często drożdżowego ciasta, ale czasem po prostu nie sposób się powstrzymać. Wczoraj niemal wszystko miało iść do dżemu, a tylko odrobinka do jagodzianek. Efekt jest taki, że dżemu wyszły dwa malusie słoiczki (muszę kupić więcej surowca ;)) a jagodzianki "posikały się" nadmiarem nadzienia. Akurat ta jedna, którą przekroiłam do zdjęcia wcale tak nie wygląda, ale reszta składa się z samego nadzienia i dość cienkiej warstwy ciasta.

Jak zwykle skorzystałam z przepisu na ciasto drożdżowe drugiej babci mojej kuzynki, bo jest tak łatwy i przyjemny oraz zawsze-się-udający, że nie ma po co szukać innego. Przepis TUTAJ. 



Składniki:
na ciasto 
- jak w podanym wyżej przepisie, z pominięciem rodzynek

na nadzienie 
borówki leśne
cukier
(ok. 3 łyżeczki borówek na bułkę - z przepisu, w zależności od tego ile ciasto rosło - u mnie dłużej, bo raz chleb zajmował piekarnik, drugim razem miałam ważną rozmowę telefoniczną na padniętym telefonie podłączonym do ładowania po drugiej stronie domu ;) - wychodzi ok. 12 bułeczek)

Sposób przygotowania:
Ciasto przygotować zgodnie z przepisem. Odrywać kulki mniej więcej wielkości dłoni bez palców, rozpłaszczyć i uformować w dłoni w kształt łódeczki (tak, żeby owoce nie wypadały) na każdą położyć ok. 3 łyżeczki nadzienia, obsypać płaską łyżeczką cukru, skleić jak pieroga, a następnie podwinąć końce pod spód, by powstała bułeczka. Sprawdzić czy  nie ma jakichś prześwitów i ewentualnie uzupełnić je ciastem (może nie doda to im urody,ale może zminimalizować przecieki nadzienia) Ułożyć na blasze na papierze do pieczenia w pewnych odstępach, poczekać 20 minut, aż podrosną, w którym to czasie piekarnik w sam raz nagrzeje się do temp. 180 stopni. Wierzch można posmarować białkiem (jak u mnie - jedno białko zostawiłam do smarowania, resztę zamroziłam na ciasto na białkach), polać lukrem (dla nas za słodko) lub obsypać cukrem pudrem. Mniam, mniam.

Zawsze przy jagodziankach włączają mi się wspomnienia mojego pierwszego w życiu rejsu po Mazurach. Druga klasa podstawówki, wiele emocji i nowych doświadczeń i te fantastyczne jagodzianki :) Pamiętam, tamte były z lukrem ;)

EDIT: Zapomniałam o ważnej rzeczy. Gdy bułeczki zaczynają czerstwieć wystarczy wsadzić je na 30 sekund do mikrofali, nawet na niewielką moc (tak by się lekko podgrzały,ale nie spaliły, a łatwo spalić), będą smakowały jak prosto z pieca :)

Sałatka z jabłkami i czarną porzeczką

Trzeba w końcu coś tu wrzucić, żeby nie było tak, jak już wiele razy do tej pory, że zapomniałam co przedstawiają zdjęcia. W przypadku niektórych dań to naprawdę łatwe. Bo że chleb to widzę, ale jaki? Sałatka? świetnie, ale jaki sos? Myślę, że problem nie jest obcy żadnemu marnotrawnemu blogerowi ;)

A ta sałatka naprawdę wymaga uwiecznienia, bo primo pomysł mój własny, secundo - pyszna, tertio - jest super sezonowa w stylu czyszczenie lodówki z tego co akurat pięknie obrodziło. To do dzieła.



Składniki:
sałata
pomidor
kilka jabłek papierówek
czarna porzeczka
twarda feta (u mnie pół małego opakowania, bo tyle było)
krem z octu balsamicznego
sól, pieprz

Sposób przygotowania:
Sałatę umyć, porwać na kawałki, ćwiartki jabłek bez gniazd nasiennych przesmażyć na niewielkiej ilości tłuszczu (u mnie olej z pestek winogron), porzeczki pozbawić ogonków, umyć, pomidora pokroić w większą kostkę. Dodać pokrojoną w kostkę fetę. Całość posolić, popieprzyć do smaku,wymieszać, polać kremem z octu balsamicznego. Wcinać.

wtorek, 28 czerwca 2016

Genialne pszenno-żytnie bułeczki na zakwasie z siemieniem lnianym

I znów inspiracją był blog Przepis na chleb konkretnie przepis na Trójkątne bułki pszenno-żytnie na zakwasie. Zrobiłam modyfikację, bo jakoś jajko w chlebie, jeżeli nie jest to słodki wypiek, mi średnio pasuje. No ale w komentarzach pojawiło się info, że uczuleni na jajo mogą użyć siemienia lnianego jako jako zamiennika. Super! Zapomniałam tylko, że jak wali się do chleba siemieniowego gluta, to trzeba zwiększyć ilość soli i moje bułeczki są nieco mało słone. Ale w dalszym ciągu bardzo dobre.



Składniki: (podaję za oryginałem, zmiany w nawiasie)
300 g mąki pszennej typ 650
200 g mąki żytniej chlebowej
150 g aktywnego zakwasu
jajko (użyłam siemienia lnianego zalanego wodą do konsystencji gluta w ilości mniej więcej odpowiadającej jednemu jajku, żeby było szybciej zalewam wrzątkiem, bo zalane zimną długo by glutowiało)
270 ml letniej wody (wlało mi się więcej, ale to był błąd, potem potrzebowało sporo mąki do podsypania)
1,5 łyżeczki soli



Sposób przygotowania:
Z jajkiem:
Wymieszać wszystko oprócz białka i wody. Z białka ubić pianę, wlać, dodać wodę wyrabiać przez 5 minut.
Z siemieniem lnianym:
Wszystkie składniki wymieszać mikserem przez 5 minut. 
Zostawić na 2,5 h do wyrośnięcia. Uformować bułki. Trójkątne łatwiej, ciasto rozciąga się na kwadrat lub prostokąt, kroi na pół wzdłuż, w poprzek, a potem po przekątnej i już są bułki, które mają wyrastać przez 1,5 h. Mogą na blasze, ale ja piekłam chleb więc moje wyrastały po prostu na blacie. A zrobiłam okrągłe, bo nieopatrznie zapytałam męża jaki mają mieć kształt (bo powodem ich powstania było "a na śniadanie kupię sobie bułkę u..."). Piec w temp. 220 stopni przez ok. 15 min. Moje piekły się dłużej, bo po 15 min, były jeszcze miękkie na brzegach.
Studzić na kratce. Są pyszne i gały mi wyszły jak zobaczyłam te dziury :D

Od pół roku ten sam - chleb żytnio-pszenny

Ha, to jest to jedno zdjęcie, które dobrze pamiętam. A nawet gdyby nie, to obok mnie leży sobie świeżo wystygnięty chleb z tego samego przepisu. Molestuję go od pół roku właściwie bez przerwy z jedynymi wyjątkami w postaci konieczności zrobienia dwóch naraz oraz jakichś narowów w postaci chęci na bagietkę.

Przepis pochodzi z bloga Przepis na chleb i z całą pewnością jest autorstwa Tosi (uwielbiam jej przepisy, zawsze mi wychodzą, niezależnie od tego co głupiego zrobię z ciastem podczas produkcji), niestety nie pamiętam już który to był przepis, bo korzystam z wyświechtanej karteczki, na której pół roku temu zapisałam jego główne elementy. Od tego czasu przepis mi się różnorodnie modyfikował i jestem zachwycona każdą nową zmianą (przede wszystkim tym, że nadal wychodzi).

Podaję składniki zgodnie z przepisem oryginalnym (z karteczki) w nawiasach umieszczając moje modyfikacje.

Składniki:
200 g aktywnego zakwasu żytniego (z takiego z lodówki też robiłam, potrzymałam go wcześniej chwilę na blacie, żeby się ogrzał)
550 g mąki pszennej typ 650 - czyli tania mąka z marketu np. babuni z biedronki, w "zwykłym" sklepie typ ciężko dostępny (ja daję np. 80-100 g żytniej razowej, 100-200 g żytniej typ 720 i resztę pszennej typ 650, lub inne proporcje, nie mniej niż tyle mąki pszennej, bo źle się formuje)
300 ml wody (zwykle daję 320-330 g bo tyle mi się wlewa i już nie ujmuję)
1,5 łyżeczki soli

do tego dodaję różne ziarna, ostatnio dość często namoczone do konsystencji gluta siemię lniane. Czasem na etapie formowania konieczne jest bardziej obfite podsypanie mąką, ale chleb wciąż wychodzi. Z taką ilością mąki żytniej przypomina nieco konsystencją cement, ale to nic złego, po upieczeniu jest ok :)



Sposób przygotowania:
Składniki wymieszać mikserem z hakiem do ciasta drożdżowego (to te końcówki, co to nigdy nie było wiadomo do czego służą ;) nie ma potrzeby kupować jakiegoś super miksera, ja mam taki stary ręczny bodaj z 1989 r., świetnie radzi sobie z chlebem. 
Odstawić pod przykryciem na 2h
Uformować bochenek, wsadzić do koszyczka lub miski wyłożonej ściereczką oprószoną mąką łączeniem do góry, przykryć folią (wsadzam do worka foliowego) i odstawić na kolejne 2h. 
Piekarnik rozgrzać do 250 stopni z termoobiegiem, przed samym pieczeniem na dno wstawić rondel z wodą. Chleb wyrzucić na papier do pieczenia, naciąć ostrym nożem i piec w 250 st. z termoobiegiem przez 12 minut, następnie wyjąć rondel, temp. zmniejszyć do 200 stopni i dopiekać 26 min. lub do czasu gdy postukany z każdej strony tyłem łyżki wyda głuchy odgłos.

W oryginalnym przepisie po zmniejszeniu temp. zmienia się także typ pieczenia na góra-dół, raz zapomniałam i wyszło ekstra, więc nie zmieniam już :)

Sałatka tabuleh

Strasznie dawno mnie tu nie było, wylogowałam się na dobre ;) ale może to i lepiej zaznać trochę odpoczynku od ekranu komputera i zająć się prawdziwym życiem. Dla oczu na pewno. W każdym razie jakoś bardzo nie żałuję, tyle tylko, że mam troszkę zdjęć zrobionych pół roku temu, a przedstawiających różne smakowite potrawy i za nic nie potrafię sobie przypomnieć co to było. No trudno, takie jest życie, może jeszcze kiedyś na nie wpadnę. 

Zostałam poproszona o podanie przepisu na sałatkę tabuleh, jako, że pora roku ku temu sposobna i u nas sałatka ta letnią porą niezmiennie robi furorę. Lubimy sobie czasem z nią poeksperymentować i dodać jakieś inne dodatki (ostatnio były szparagi - pychota). Oczywiście jak trzeba to zdjęcia nie ma, no bo w końcu po co? No ale zdjęć tego dania w internecie mnogość, a i tu się pewnie w końcu pojawi, bo co roku od maja to nasz stały repertuar. Kończymy dopiero gdy robi się zimno i nikt nie ma ochoty na chłodzącą sałatkę :)

Składniki:
kasza kuskus (bulgur, pęczak, jęczmienna) - my najczęściej robimy na kuskusie instant, bo najszybciej. Fajnie gdy uda się go ugotować na sypko, o wiele lepsza konsystencja całości
ogórki gruntowe pokrojone w kostkę
pomidory pokrojone w kostkę
oliwki
cebula (ja najbardziej lubię z dymką, ale jak nie mam daję czerwoną lub białą, tylko je wolę sparzyć wrzątkiem po pokrojeniu, żeby utraciły trochę ostrości)
pęczek pietruszki
pęczek mięty 
sok z cytryny 
oliwa
do tego można dać chilli lub zwykłą słodką paprykę (my najczęściej dajemy ramireza), cukinię grillowaną lub ugotowane szparagi.

Proporcji nie podaję, bo każdemu inaczej odpowiada i zależy od liczby gości. Orientacyjnie powiem, że z paczki kuskusu wychodzi wielka sałatka (ostatnio podaliśmy na imprezie na 20 osób), wtedy dodaliśmy ze 4 ogórki gruntowe, mniej więcej podobnie pomidorów, pęczek szparagów, wielką wiąchę pietruszki i cały krzak mięty.

Sposób przygotowania:
Wszystko wymieszać i schłodzić. Oliwki można pokroić na plasterki, sałatka jest lepiej zrównoważona, ale jak komuś się nie chce, to dramatu nie będzie ;) 

Smacznego!

niedziela, 21 lutego 2016

Zupa krem z pieczonego czosnku i pora

Mąż przyniósł jakiegoś bakcyla albo innego wirusa do domu. Ja absolutnie nie mogę teraz go złapać (a łapię wszystko namiętnie i ciągle spotykam bezmyślnych ludzi, którzy kichają, kaszlą i nawet nie próbują zasłonić ust, tak jakby chcieli zwyciężyć w konkursie na najdalej zasianego zarazka. Nie wiem gdzie i kiedy ogłoszono taki konkurs, ale na pewno nagrody są cenne, bo ze wszystkich zasmarkanych pasażerów autobusu (a było ich ok. 8) ŻADEN nie zasłonił buzi).

W ramach walki z wiruso-bakcylem zaopatrzylismy się w czosnek, miód, sok malinowy taty, pietruszkę zieloną, dżem z czarnej porzeczki teściowej (jest super - z surowych porzeczek zmiksowanych z cukrem, z wierzchu zalany miodem dla ochrony przed drobnoustrojami, niepasteryzowany - ma dokładnie tyle witanim co na krzaku) oraz jogurty dla uzupełnienia flory bakteryjnej. Już zaraz po śniadaniu kontakt ze mną mógł być niebezpieczny. Wypiłam mleko z miodem i czosnkiem (nie wiem czemu mąż się krzywi) i zjadłam wariację na temat hiszpańskiej pana con tomata (grzanka posmarowana ząbkiem czosnku i kawałkiem pomidora), zamiast pomidora dając miód. Tak wiem, podobno ohydne. Mnie tam smakuje :D

Na obiad postanowiłam zrobić zupę czosnkową, która jak na zawołanie wczoraj wpadła mi w oko na durszlaku na blogu BaBy w kuchni. Bardzo mi się spodobała, bo w sumie niewiele się różni od mojej porowo-ziemniaczanej i uznałam, że dodatek pieczonego czosnku bardzo by do tej zupy pasował. Podczas produkcji nie zerknęłam do przepisu, tylko zrobiłam tak jak swoją, tyle, że zmiksowałam (zwykle tego nie robię) i oczywiście dodałam pieczony czosnek. Efekt bardzo nam sie spodobał. Nawet mój mąż, który nie lubi zup kremów (znam całą rzeszę facetów, którzy nie lubią takich zup, czyżby atawistyczna potrzeba rozszarpywania pożywienia zębami?) powiedział, że pyszna. 

Nie robię bulionu na zapas, więc w mojej zupie są wszystkie warzywa, do miksowania wyjęłam marchewkę, żeby zupa nie miała koloru ścierki, ale już w kawałkach wrzuciłam ją potem z powrotem. Warto wiedzieć, że czosnek po upieczeniu łagodnieje, tak, że cała główka to wcale nie jest dużo.



Składniki:
na wywar warzywny
marchewka
pietruszka
kawałek selera
cebula (dałam 2 małe)
łyżka masła

+ 3 spore ziemniaki pokrojone w kostkę
+ 1 por pokrojony w plasterki
+ główka upieczonego czosnku

rozmaryn, tymianek, sól i pieprz

Sposób przygotowania:
Od główki czosnku odciąć wierzch (nie wiem po co w sumie), główkę opakować w folię aluminiową lub do żaroodpornej miseczki i wsadzić do piekarnika nagrzanego do 180-200 stopni, można przy okazji piec też inne warzywa, np. buraki, dynię, paprykę - ekonomicznie, a takie pieczone są cudne do kanapek, past do chleba itp. Nie mierzyłam czasu, jak reszta składników była gotowa wyjęłam czosnek i był w sam raz. W garnku ugotować marchewkę podzieloną na pół i każde pół wzdłuż na 4, podobnie pietruszkę (tak żeby kawałki były podobnej wielkości) kawałek selera i cebulę, te dałam w całości, ale do miksowania warto je pokroić na mniejsze, sprawiło mi to potem trudność. Dodać łyżkę masła. Gotować do miękkości marchewki i cebuli. Wyjąć marchewkę. Ziemniaki i pora podsmażyć na patelni ok. 5 minut każde, dodać do zupy, pogotować aż ziemniaki zmiękną. Wraz z ziemniakami dodać gałązkę lub 2 rozmarynu i trochę tymianku, dodać upieczony, obrany z łupin czosnek (parzyło w paluchy, ale byliśmy już głodni). Wyłączyć gaz, całość zmiksować na gładko (zostają kawałki rozmarynu co mnie akurat pasuje), dodać marchewkę, sól i pieprz. Ja jeszcze trochę rozwodniłam, bo mąż taką woli, a mnie wszystko jedno ;) Do podania posypałam świeżo młotkowanym pieprzem.

Pychota. Wchodzi na stałe do jadłospisu.

wtorek, 16 lutego 2016

Chleb pszenno - żytni na zakwasie z twarogiem i śmietaną

Miałam ochotę na chleb z nabiałem. Niedawno (przy leniu) kupiliśmy serwatkowy, który nam bardzo smakował, ale też kosztował tyle co naszych 6. Przy każdym kupnym a porządnym chlebie nachodzi mnie taka refleksja, że to się jednak nie opłaca. Chleb ze sklepu za 3 zł może czasem okazać się dobry (nie kupujemy niezjadliwych - czytanie składu obowiązkowe), za to taki, który widać że jest dobry kosztuje powyżej 10 zł. Na blogach chlebowych już wiele razy widziałam wyliczenia, sama też robię orientacyjne i cena bochenka pieczonego w domu to od 2-4 zł, a jakość jak ten za 12... a do tego zapach, przyjemność pieczenia i duma z samodzielnie zrobionego chleba. Nie wiem, chleb coś takiego w sobie ma, że człowiek czuje dumę jak go upiecze. Może to jeszcze ten szacunek do chleba, o jakim naszemu pokoleniu głównie opowiadano, ale i tak jest jakiś ból gdy trzeba wywalić resztkę chleba, albo jakąś niezjedzoną kanapkę. O wiele większy niż przy dajmy na to sałacie. Więc kiedy leń pozwolił się troszkę zwalczyć poszukałam fajnego chleba z dodatkiem nabiału. Wcześniej robiłam tylko Hamelmanowy niemiecki chleb farmerski z jogurtem i chyba coś z maślanką. Pierwszy na drożdżach, drugi pamiętam mgliście ;) Tym razem chleb z serem. Korzystałam z przepisu z bloga Smakowity chleb na którym chleby są genialne i warto tam zajrzeć mimo, że reklamują margarynę (początkowo to mnie zraziło do bloga, ale jak już przełknęłam ten problem, to okazało się, że jest tam naprawdę wiele świetnych przepisów, aż sobie zaobserwowałam tego bloga, żeby nic nie stracić).

Przepis trochę zmodyfikowałam, bo nie miałam serka wiejskiego, który jest w oryginalnym przepisie, dodałam więc 170 g twarogu i dopełniłam śmietaną 12%, bardziej mi to z resztą odpowiada, żeby ser wciągnął się w ciasto, a nie zostały grudki (a innego przepisu, który chyba też jest na tym blogu, nie chciało mi się szukać) zmieniłam też proporcje mąki. W oryginalnym przepisie było 550 pszennej, ja dałam 400 pszennej i 150 żytniej 720. za dużo było pszennej w ostatnim roku czy dwóch, więc mi się w końcu przejadła ;)

Dodatkowa super sprawa, to pieczenie. Nigdy jeszcze nie piekłam chleba częściowo z termoobiegiem i w tak niskiej temp. na początek. Efekt szałowy, jak z garnka, mimo, że piekłam na blasze. Skórka chrupiąca, popękana, wygląda apetycznie i rustykalnie (no naprawdę nie mogę uwierzyć w to co powiedział pan piekarz, że popękane się nie sprzedają, moim zdaniem są najlepsze :))

Dziury też wyszły idealne. :)



Składniki:
150 g aktywnego zakwasu żytniego (dokarmiony wieczorem mąką i wodą i zostawiony w temp. pokojowej)
550 g mąki pszennej (dałam 400 pszennej i 150 żytniej chlebowej)
200 g serka wiejskiego (170 g półtłustego twarogu i łyżka śmietany 12% (potem zjadłam troszkę sera, uzupełniłam brak kroplą maślanki ;))
1,5 łyżeczki soli
300 ml ciepłej wody.

Sposób przygotowania:
Składniki wymieszać. Ja najpierw wymieszałam twaróg ze śmietaną na jednolitą pastę, potem dodałam ją do chleba, dzięki temu nie ma grudek w chlebie. Wymieszać mikserem ok. 5 minut, dalej będzie lepkie, ale siatka glutenowa będzie już wyraźnie widoczna, to znaczy ciasto będzie takie bardziej ciągliwe i elastyczne. Zostawić na 2h do wyrośnięcia. Po tym czasie uformować bochenek i wsadzić do koszyka wyłożonego omączoną ściereczką lub do jakiejś miski celem dalszego rośnięcia. Bochenek do koszyka wrzucić łączeniem do góry, cały koszyk wsadzić do worka, by ciasto nie wysychało i zostawić na dalsze 2h. Nagrzać piekarnik do 220 stopni z termoobiegiem, ścianki spryskać wodą (lub położyć na dnie piekarnika rondel z niewielką ilością wody) po 10 minutach wyjąć rondel, przewietrzyć piekarnik z pary i obniżyć temp. do 200 stopni, dopiekać aż postukany od dołu wyda głuchy odgłos. W oryginalnym przepisie było to 27 minut, u mnie zajęło dłużej ok. 40.

Z podanej proporcji wychodzi 1 duży chleb.

Żeberka w marynacie jerk Jamiego Olivera (test produktu)

Bardzo rzadko korzystamy z gotowców, ale gdy dostaniemy od kogoś gotową przyprawę, a jej skład nie kwalifikuje jej do kosza, w końcu nadchodzi dzień, w którym postanawiamy jej użyć. Tak właśnie było z gotową marynatą firmowaną przez Jamiego Oliviera, których dostaliśmy 3 sztuki i odbywały kwarantannę w szafce chyba od zeszłego Bożego Narodzenia. Marynaty są z suchych przypraw i szczelnie zapakowane, no i ta konkretna składa się głównie z papryki, więc trochę czasu raczej im nie zaszkodziło. Produkt otrzymaliśmy od znajomków z Anglii. Prawdopodobnie niedostępny w Polsce. No i nie wiemy po ile w Anglii, bo to prezent był :)

Nazwa produktu: Jamie Oliver 10 minute marinade: Fiery Jerk Marinade Mix.
Dobre do (umieszczone na etykiecie): kurczaka, wieprzowiny, ryb
Skład: Wędzona papryka, chilli (w sumie 3,5%), czarny pieprz, cayenne (w sumie 2,5%), Pimento (2,5%), Biały pieprz i cynamon (w sumie 1,3%), goździki (0,6%) suszona czerwona i zielona papryka słodka, brązowy cukier, sól morska, zioła (tymianek i oregano), suszona cebula, czosnek w proszku, semolina z pszenicy, sól wędzona (4,6%), starta skórka z cytryny, suszony czosnek, ziarna selera
Dodatkowe informacje: instrukcja przyrządzenia zarówno suchej marynaty jak i mokrej z oliwą i sokiem z cytryny,
Opakowanie: torebka pokryta metalem z zamykaniem (wiadomo, zamknięcie działa pod warunkiem, że nie uwalicie go w przyprawach, ale to standard w tym systemie)

Skład nie jest najgorszy, ale mógłby być lepszy, nie zostało podane jaki procent całości stanowi cukier i sól morska, nie wiem po co tam semolina, w końcu to marynata nie panierka, ale nie ma żadnych antyzbrylaczy, ani dziwnych dodatków więc ogólnie ocena niezła.

W smaku widać, że jakiś kucharz położył na tym rękę (może nawet sam Jamie, oh,ah) bo smak jest dobrze wyważony, spodziewałam się, że mięso będzie paląco ostre po tej całej papryce i pieprzu, a jest super - ostre, ale przyjemnie, tak, że nie trzeba w trybie pilnym robić koktajlu mlecznego na przepitkę ani jeść kilograma sera. Pod koniec pieczenia przed odkryciem naczynia celem zarumienienia całości dodaliśmy troszkę płynnego miodu. Wcześniej spróbowaliśmy marynaty uznając, że nie zaszkodzi, w sumie była to chyba łyżka miodu.



Składniki:
żeberka (u nas niecałe kilo, wyszło na ok. 4 niezbyt duże porcje)
marynata Jamiego
2 łyżki oleju (z pestek winogron)
sok z 1 niedużej cytryny
+ łyżka miodu

Sposób przygotowania:
Żeberka umyć, podzielić wrzucić do naczynia, wlać 2 łyżki oleju, sok z cytryny, wsypać marynatę - nam weszło ok. 3/4 kiedy uznaliśmy, że dość, zostało w sam raz na jakiś szybki obiad. Marynować od 10 minut (info z opakowania) do całej nocy (tyle leżało u nas na balkonie), piec ok. 1h na każdy kg mięsa w temp. 180 stopni. Razem z żeberkami upiekliśmy frytki, ale wymagają jeszcze trochę dopracowania ;)

Ogólne wrażenie całkiem niezłe. Na pewno nie chciałoby mi się w domu robić marynaty z tylu składników, ale też nie dodawałabym do każdej marynaty cukru (jak zerknęłam do pozostałych to jest w każdej, w niektórych wraz z melasą), więc zdecydowanie nie jest to jedzenie na co dzień, ale od czasu do czasu można sobie pozwolić jak nie ma pomysłu na obiad.