wtorek, 8 grudnia 2015

Wolno pieczony boczek - domowa wędlina

Zdecydowanie przepis na weekend i to w dodatku ten brzydki, albo inne oczekiwanie na inkasenta. Pełny czas pieczenia to 7 godzin. Boczek wychodzi mięciutki, a póki był ciepły to również skóra nadawała się do zjedzenia. Po wystygnięciu stwardniała.

Przepis pochodzi z bloga Read the Label.

Wprawdzie zapomniałam zrobić zdjęcia, a boczek podzieliłam na kawałki - jeden zjedzony, jeden wydany i 3 w zamrażarce, ale może jeszcze się uda ufocić tego z zamrażarki.

Warto zrobić go więcej, bo to 7 godzinne pieczenie jest po prostu nieopłacalne przy niewielkiej ilości "surowca"

Tym razem zrobiliśmy zgodnie z przepisem z Read the Label, dobrze, że posoliliśmy trochę, bo trafiło nam się mięso dobrej jakości, które po prostu nie miało w sobie słonej solanki (pozdrawiamy naszego ulubionego sprzedawcę mięsa z Tomexu!). I tak soli jest troszkę mało. Za to naszym zdaniem pieprzu jest znów za dużo i bardziej pasowałyby nam inne przyprawy. Ale wiadomo, każdy przyprawia pod siebie, mamy już kilka szalonych pomysłów na przyszłość, bo sama idea długiego pieczenia sprawdziła się super :)

Składniki:
surowy boczek (ok. 2 kg)
sól
świeżo tłuczony kolorowy pieprz - ok. 2 łyżki (lub dowolne, ulubione przyprawy, byle pasowały do wieprzowiny)

+ papier do pieczenia

Sposób przygotowania:
Boczek umyć, dokładnie osuszyć, posolić i natrzeć pieprzem, zostawić na 2h w cieple (u nas był przez noc w lodówce, bo za późno się zabraliśmy). Piekarnik nastawić na 120 stopni. Na dno piekarnika położyć garnek z wodą. Boczek ułożyć w naczyniu lub na blasze skórą do dołu i zawinąć w papier do pieczenia (u nas tylko przykryty, bo pieczony w naczyniu). Piec 6h. Po tym czasie temp. podwyższyć do 160 stopni, a boczek ułożyć skórą do góry. Piec przez godzinę. Zostawić do wystygnięcia w piekarniku.

Wątróbka drobiowa z jabłkami i cebulką i tymiankiem

Kto w dzieciństwie nie cierpiał wątróbki? Jaaaaa!! O ile to twardo - gumiate coś co podawali nam w przedszkolu można nazwać wątróbką. Pamiętam, że pierwszą jadalną wątróbkę (to znaczy właściwie to nie - pierwszą którą zdecydowałam się zjeść) była wątróbka przyrządzona przez babcię gdy już byłam bliska końca podstawówki. Wcześniej twardo odmawiałam jedzenia, choć dziś wiem, że chociażby mój tata robi bardzo dobrą wątróbkę. Chęć na podroby mimo wszystko nachodzi mnie rzadko. Zwykle wtedy gdy mojemu organizmowi ewidentnie czegoś brakuje. Poznaję to po tym, że chęć na wątróbkę przychodzi nagle i narasta do poziomu: aaa dajcie mi wątróbkę, wątróbka, wątróbka, wątróbka...!!!

Tą metodę opracowałam kiedyś przy takiej właśnie okazji. Nie znalazła się na blogu zapewne głównie z uwagi na niespotykaną wręcz (nie)fotogeniczność tego dania. Ha, wiem, że profesjonalny kucharz nawet wątróbkę potrafi podać tak, że ślinka cieknie - do dziś wspominam pyszną wątróbkę w zeszłą jesień u Zijada.



Składniki:
500 g wątróbek drobiowych
2 cebule 
podzielone na ćwiartki jabłka (u mnie było ok. 10 malutkich)
sól
pieprz
czosnek
tymianek

Sposób przygotowania:
Na patelni zeszklić cebulę. Dodać pokrojone na ćwiartki jabłka, do tego kilka ząbków czosnku i tymianek, gdy wszystko się razem poddusi, a jabłka będą miękkie, dodać wątróbkę, gotować krótko (zbyt długo gotowana wątróbka robi się twardo - gumiata), doprawić solą i świeżo tłuczonym pieprzem.

Koszt dania to jakieś 5 zł na 4 mniejsze i 3 większe porcje.

Tort zielony mech - świętujemy 300 postów

Właściwie to tort został wykonany na inną okazję, konkretnie na imieniny do pracy. Zastanawiałam się czy będą chętni na zjedzenie zielonego tortu, ale w związku z tym, że jest to w tym sezonie jeden z najmodniejszych przepisów, to nawet był na naszym weselu (w formie jednego z ciast) i nikt - łącznie z najstarszymi gośćmi nie miał oporów by go pożreć. Z resztą, jakby nie zjedli byłoby więcej dla nas, nie? Tort jest pyszny, zielony, kwaskowy, z  pyszną, lekką śmietankową masą (akurat nad tym muszę popracować, torty na śmietanie nie są cenione u mnie w rodzinie). Skorzystałam z przepisu z bloga Chilifiga.



Składniki:
450 g szpinaku (zblendowany świeży lub mrożony)
1 i 1/3 szklanki cukru
3 jajka
1 i 1/3 szklanki oleju rzepakowego
2 szklanki mąki krupczatki
3 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżki soku z cytryny 
skórka otarta z 1 cytryny (wyszorowanej i wyparzonej)

na krem
300 ml śmietanki kremówki (dałam 330 bo tyle miało opakowanie)
250 g serka mascarpone
laska wanilii lub cukier wanilinowy
łyżka cukru pudru

+ owoce do ozdoby (u mnie pestki granata, często spotyka się też borówki)

Sposób przygotowania:
Szpinak rozmrozić (wyjęłam rano z zamrażarki do miseczki i poszłam do pracy, po powrocie był gotowy) i porządnie odcisnąć. Jajka z cukrem ubić na puszystą masę, dolewać powoli oleju i miksować razem. Dodać szpinak, sok z cytryny i skórkę, wymieszać następnie dodać mąkę przesianą z proszkiem i delikatnie wymieszać. Wlać do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia. Moja miała chyba 24 cm. Piec godzinę w temp. 180 stopni (do suchego patyczka). Wystudzić w foremce.

Gdy ciasto będzie zimne ściąć przyrumienione brzegi i wierzch, a następnie podzielić na części, ja podzieliłam na 3 blaty, na dolny wyłożyłam mniej niż pół kremu, nałożyłam następny i wyłożyłam resztę kremu na wierzch i boki, górną warstwę pokruszyłam na okruchy i wyłożyłam nimi wierzch i boki ciasta, tworząc kupę mchu. Na mchu rozłożyłam pestki granata. 

W związku z tym, że po ścięciu podpieczonych brzegów ciasto jest mniejsze niż tortownica, po ozdobieniu spokojnie się w nią mieści, więc bez problemu znosi podróże (nawet tramwajem).

Bolo de cenoura - brazylijski marchewkowiec

Skorzystałam z przepisu z bloga Pink Hungry gdzie to ciasto zostało nawet nazwane babką marchewkową. I w sumie słusznie, smakuje jak babka na oleju z dodatkiem marchewki. Ma świetny kolor, a dzięki starciu marchewki na najmniejszych oczkach, nawet niechętni warzywnym ciastom chętnie je zjedzą. W oryginale ciasto polane jest lukrem pomarańczowym, moja pomarańcza była jednak tak słodka, że lukier był już wstrętny od tej słodyczy, a dalej nie chciał gęstnieć, więc sobie podarowałam. W cieście jest sporo oleju, więc bez lukru też jest wilgotne i pyszne. W dodatku robi się szybko, więc zostało zaproponowane przez męża na dyżurne ciasto na imprezy składkowe ;)  - wystarczająco dobre by nie zszargać naszego kulinarnego dobrego imienia i dość szybkie, żeby mieć dzień dla siebie - słuszny wniosek. Z drugiej strony robot kuchenny to naprawdę dobry wynalazek ;)



Składniki:
260 g mąki pszennej
250 g cukru
1 łyżka proszku do pieczenia
4 jajka
250 g marchewki (2 sztuki średniej wielkości)
200 ml oleju
szczypta soli

na lukier
sok z połowy pomarańczy
ok. 9-10 łyżek cukru pudru

Sposób przygotowania:
Rozgrzać piekarnik do temp. 180 stopni. Formę obficie wysmarować masłem i oprószyć mąką (ja oprószyłam kaszą manną, jeżeli nie używacie jakiejś wymyślnej formy myślę, że wyłożenie papierem do pieczenia będzie wystarczające). Zmiksować jajka z cukrem  i olejem (ja najpierw wymieszałam jajka z cukrem na puszystą masę, potem dolewałam olej ciągle miksując), dodać drobno utartą marchewkę (można ją nawet zblendować, ja uznałam, że bez przesady i założyłam tarkę z najmniejszymi oczkami na malakser), potem mąkę przesianą z proszkiem i solą. Zmiksować na gładko. Jeżeli wcześniej przygotujecie składniki idzie to migiem. Piec 40-45 minut (do suchego patyczka) w 180 stopniach. Ja piekłam góra-dół. Studzić w foremce. Po wystudzeniu można polać lukrem, co ja jak wspomniałam z sukcesem pominęłam

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Kolejna odsłona chleba codziennego Lu

Najczęściej pieczony przeze mnie chleb. Dziś tylko szybka wrzutka zdjęciowa, bo wyszedł naprawdę urodziwy. Zrobiłam jeden bochen, bo piekłam w garnku żeliwnym, ale wyrósł ogromny :)

Przepis TUTAJ


Ryż z jabłkami

Kolejny przepis z cyklu wspomnień z dzieciństwa. Moi rodzice robili ryż z jabłkami na ryżu gotowanym na wodzie, my zrobiliśmy pół na pół woda z mlekiem, do tego podprażone na patelni jabłka, zapieczenie w piekarniku i wielka micha ryżu zniknęła w dwa dni. Miło tak czasem powspominać :)



Składniki:
ryż
woda/mleko

jabłka
cukier
cynamon

Sposób przygotowania:
W garnku ugotować ryż według przepisu na opakowaniu (lepiej się do tego nadaje ryż na wagę, a nie w woreczkach, bo trzeba go sporo), jeżeli robicie na mleku, pamiętajcie, że przypala się o wiele łatwiej niż woda, więc trzeba mieszać. Na patelni podprażyć jabłka z cukrem i cynamonem, można zrobić to na masełku lub bez tłuszczu, za to dolewając wodę by jabłka nie przywarły. Gdy obie części są gotowe, ułożyć w naczyniu żaroodpornym wysmarowanym masłem najpierw ryż potem jabłka potem znowu ryż. My ułożyliśmy dwie warstwy jabłek. Ryż ma być na wierzchu, na ryżu położyć płatki masła. Zapiekać w piekarniku, aż ryż lekko się zarumieni.

Chleb pszenny wieloziarnisty z kaszą jaglaną Hamelmana

Mąż zażyczył chleba z ziarnami a właściwie to z siemieniem lnianym. Ja zażyczyłam na pszennym zakwasie, bo poprzedni był na żytnim. Do wyboru były dwa chleby z książki Hamelmana, zapytałam tylko czy ma być gotowy przed południem (był piątek) czy dopiero w niedzielę? Miał być gotowy szybko. 

A wybór był trudny, ten drugi spośród do wyboru robiłam już kiedyś i bardzo mi wtedy smakował, ten za to w ramach ziaren miał mix dowolny, ale w ramach przykładu była kasza jaglana. Bardzo mnie to zaciekawiło, bo nigdy nie jadłam chleba z kaszą. Do tego łamane ziarno żyta, płatki owsiane i jaglane i to zażyczone siemię lniane.

Mnie ten chleb jakoś szczególnie nie urwał wiadomej części ciała, za to mąż stwierdził, że super pyszny (ciekawe czy to dlatego, że naprawdę czy dlatego, że sam piekł drugi bochenek, bo ja musiałam wyjść ;))

Ten chleb jest na zakwasie z dodatkiem drożdży, ale dałam ich mniej niż w przepisie, zastanawiałam się nawet nad rezygnacją, ale jeżeli miałoby to wydłużyć wyrastanie, a miałam wyjść, to zdecydowałam się jednak dodać.



Składniki:
na zaczyn
110 g mąki pszennej 650
140 g wody
20 g zakwasu pszennego (u mnie jak zwykle 2 łyżki, czyli pewnie ze 100 g)

namoczone ziarno
160 g mieszanego ziarna
200 g wody (gdy są twarde ziarna to wrzątkiem, gdy miękkie - zimną)

na ciasto
340 g mąki pszennej
450 g mąki pszennej razowej
350 g wody
20 g soli
5 g drożdży instant
30 g miodu
ziarno
zaczyn

Sposób przygotowania:
12-16h wcześniej wymieszać zaczyn oraz zalać ziarna wodą. Zaczyn przykryć ściereczką a ziarna folią lub jakąś przykrywką, by nie parowały (ja mam miskę z przykrywką - w sam raz). Po tym czasie wymieszać np. mikserem z hakami wszystkie składniki i mieszać do powstania średnio luźnego ciasta. Zostawić na 1-2h do wyrośnięcia. Jeżeli ciasto wyrasta 2h, po godzinie trzeba je złożyć. Po tym etapie formować bochenki. U mnie zwykle wyrastają w miskach wyłożonych ścierkami i w jednym wiklinowym koszyczku, także wyłożonym ścierką. Przekładać do naczyń do wyrastania złączeniem do góry. Przykryć folią. Garować jeszcze godzinę. Piec w temp. 240 stopni przez ok. 40 minut. Ja piekłam w żeliwnym garnku jeden po drugim przez 30 min pod przykryciem i 15 min. bez. Pierwszy chleb chwilę dopiekałam bez garnka, drugi piekł chłop ;)



Chleb jest gotowy gdy postukany wydaje głuchy odgłos (w przypadku tego z garnka najpierw jest głuchy od spodu, na końcu na bokach, więc sprawdzam z każdej strony).

 

Kopytka przepis z "Kuchni polskiej"

Potwierdza się teza, że w przypadku klasycznych przepisów nie ma co kombinować. Szukałam kopytek na różnych blogach, proporcje były całkiem różne, wyszło mi lepiej lub gorzej. Ostatnio postanowiłam zrobić kopytka na podstawie przepisu z "Kuchni polskiej", proporcje banalne, porada co zrobić gdy ziemniaki są bardziej wodniste (moje akurat były idealne do kluch, w tym celu nabyte na placu od pani, która miała 4 rodzaje) i kopytka wyszły dokładnie takie jak robiła moja babcia - idealna konsystencja, bezproblemowe lepienie. Super.



Składniki:
1 kg ziemniaków
2 szklanki mąki pszennej
2 jajka
jeżeli ziemniaki są wodniste: 1-2 łyżek mąki ziemniaczanej

Zrobiłam z połowy porcji

Sposób przygotowania:
Ziemniaki ugotować, przecisnąć przez praskę, dokładnie, tak by nie zostały kawałki nieutartych ziemniaków, dodać mąkę i jajka, wyrobić ciasto. Dać mu chwilkę odpocząć. Od ciasta oddzielać kawałki, z kawałków rolować wałki, z każdego wałka ciąć kopytka. Gotować w lekko osolonej wodzie z odrobiną tłuszczu do wypłynięcia + 1-2 min. Jeżeli nie mają być podane od razu, do przechowywania także dodać tłuszcz by się nie skleiły. Można mrozić, do zamrożenia ułożyć każdy oddzielnie, gdy już się zamrożą można zwinąć razem (ja układam na płasko w woreczku z odstępami i tak kładę w zamrażarce, gdy się zamrożą po prostu wrzucam woreczek w inne miejsce - już mogą się stykać).

Najbardziej lubię kopytka z cynamonem i cukrem. Jak wtedy gdy miałam 5 lat :)

Domowy majonez

Jak wspomniałam dwa posty temu przyczyną zrobienia majonezu był "niechcemiś" w zakresie pójścia do sklepu, żeby kupić majonez do sushi. Poza tym od kiedy przeczytałam o domowym majonezie w książce "Lunch w Paryżu" to chciałam zrobić opisaną tam potrawę (poprzedni post) z tym właśnie domowym majonezem. Poza tym majonez robiła moja babcia, robi wujek, robi kuzyn. Jak już się zrobi, to trudno uwierzyć jakie to proste. 

Podobno istotne jest by wszystko począwszy od jajek przez olej do miski miało pokojową temperaturę, bo majonez może się zwarzyć. Ha! Nie w dobie mikserów (czyli w przypadku mojego miksera od 1989 roku :D) Poza tym skąd składniki majonezu wiedzą, która to pokojowa? Uznałam, że wszystkie składniki w tej samej temp. dadzą radę. Stąd dałam niefiltrowany olej rzepakowy, który był w lodówce. Co było średnim pomysłem, bo olej miał zbyt intensywny smak i trzeba było trochę maskować go przyprawami. Ale jak ktoś lubi posmak rzepaku, to ok. Ja jednak następnym razem użyję oleju słonecznikowego lub z pestek winogron, są bardziej delikatne.

Składniki:
1 jajko
szklanka oleju (lałam z butelki do uzyskania konsystencji)
2-3 łyżki octu winnego lub soku z cytryny (nie miałam soku)
łyżeczka musztardy (dałam 2 z uwagi na rzepak)
przyprawy
+mikser

Sposób przygotowania:
Jajko wrzucić do garnka, dobrze użyć wyższego, bo pryska, zacząć miksować, powoli dolewać oleju, aż osiągnie odpowiednią konsystencję, dodać resztę składników (można też dodać je na początku, ja dałam ocet na początku, a resztę potem) zmiksować z przyprawami, gotowe. Przechowywać w lodówce max 1-2 tygodni.

Dorsz na pieczonych porach z domowym majonezem z książki Lunch w Paryżu

Książka, z mojego ulubionego gatunku mózgotrzepów: odkrywanie uroków kuchni i gotowania przez kogoś kto tego dotąd nie robił oraz odkrywanie rozkoszy zakupów na targu. Co może być piękniejszego niż zakupy na targu? Zwłaszcza jak ma się swoich ulubionych sprzedawców, którzy pamiętają. Mam grupę ulubionych sprzedawców na pobliskim placu (tak na targ mówi się w Krakowie, jeżeli to nie Kleparz) w tym leciwego (o ile dobrze pamiętam 87 letniego) Pana Stanisława, który wciąż podrywa młode kobiety i jak nam niegdyś powiedział, kiedyś o mało w mordę nie dostał za te teksty (w sumie się nie dziwię, patrząc na teksty, ale od kiedy wiem ile pan ma lat, to mnie to już bawi i wzrusza, że taki dziarski jest ;)), Państwa sprzedających nasze ulubione pomidory, którzy zawsze pytają jak leci oraz gdzie mąż (gdzie żona), z którymi już parę godzin spędziliśmy gadając o bzdurach. Panią z węgierskiego, z którą też zawsze zamienimy miłe słowo i Pana sprzedającego wyciskane soki, który tłumaczył nam dlaczego nie opłaca nam się kupować wyciskarki ("wiecie ile soków możecie u mnie wypić za tą kasę? A ja Wam wycisnę z czego tylko chcecie i nie musicie potem tego myć - same plusy"). Stąd łatwo mi się wczuć w opowieści autorki książki "Lunch w Paryżu" - Elizabeth Bard w opowieści o paryskich targach. Jedzenie rzeczy, których wcześniej się nie jadło żeby nie zniechęcić do siebie rodziny przyszłego męża? Hmmm, hmmm teściowa to czyta, ale powiem Wam w sekrecie, że po raz pierwszy jadłam żołądki (były ok, choć do spróbowania byłam chętna podobnie jak autorka do majonezu) oraz pulpety w sosie koperkowym, których u mnie w domu się nie robiło, a uraz miałam od przedszkola (w wykonaniu teściowej rewelacja i za kolejnym razem też chciałam). Także rozumiem w pełni jakie katusze przeżywała jadąc po raz pierwszy do rodziny przyszłego męża ;) Tylko empatia pomaga mi zrozumieć za to trudności związane z przygotowaniem pora (biedni Amerykanie, którzy znają tylko pora w kawałkach na tacce w markecie) czy nieznajomość selera bulwiastego - tu współczuję też Anglikom, seler tam jest do kupienia bez problemu, ale w angielskich książkach wszędzie tam gdzie prosi się o bulwę (np. wywary, warzywny spód pod mięso) dają seler naciowy.

Chyba moim ulubionym rozdziałem tej książki jest ten o walce z porem i konieczności zjedzenia majonezu (domowego). To po przeczytaniu tej książki zapragnęłam po raz pierwszy zrobić majonez, mimo, że u nas nie ma na niego chętnych. Sama potrawa też mi się spodobała. Więc jak przy okazji sushi i "niechcemisia" w zakresie pójścia do sklepu powstał domowy majonez (ilość absurdalnie wielka) a w Biedzie "rzucili" dorsze oraz ostał się jeden por (powinno być 6 malutkich, ale co ja mogę), postanowiłam zrobić tą potrawę. I w sumie nie dziwię się, że ta książka, w której fabuły jest zdecydowanie więcej niż przepisów, otrzymała kilka nagród dla najlepszej książki kucharskiej. Wyszło bombowo (tylko stos garów do mycia na potem, ale było na tyle dobre, że mąż nawet nie protestował i nadal mówił, że danie do powtórzenia, już po tym jak zobaczył ile garów jest do umycia :p - to chyba najlepsza rekomendacja).



Składniki:
6 małych porów (lub jeden gigantyczny) pokrojonych w wiechcie - czyli biała część stanowi rączkę, a góra rozcięta na cztery - ja swojego wielkiego podzieliłam na 4 wzdłuż i wiechcie robiłam z takich części, samą górę zostawiłam do późniejszego wykorzystania
filet z dorsza - u mnie paczka ok. 0,5 kg
buquet garni (tymianek, liść laurowy, ziele angielskie, nać pietruszki, pieprz ziarnisty, sól, można dodać kawałki pozostałości z pora)
domowy majonez (jest różnica, warto dodać)

Każda część robiona jest osobno, stąd ilość garów.
+ naczynie żaroodporne, najlepiej duże z płaskim dnem (u mnie szklana pokrywa od brytfanki)
+ garnek, głęboka patelnia
 
Sposób przygotowania:
Na dno naczynia żaroodpornego nalać olej lub oliwę. Położyć pokrojone w wiechcie pory i międląc dłońmi każdy kawałek pokryć warstwą tłuszczu (dzięki temu się nie przypali), piec w temp. 180 stopni przez ok. 20 minut (aż będzie miękki - sprawdzić widelcem). W garnku (na głębokiej patelni) zagotować wodę z ziołami, dodać kawałki dorsza (tak w porcjach jak do jedzenia) i gotować ok. 8 minut (nie można za długo bo rozleci się w proch i pył). Gotowego pora wyjąć z piekarnika, na nim położyć wyjęte łyżką cedzakową dorsze, na każdym kawałku ryby umieścić majonez. 

Wydaje się wręcz niemożliwe, żeby coś tak dobrego było tak proste.



Sushi teraz Polska

Jeszcze z kawalerskiego lokum mojego męża przyjechała cała masa ingrediencyj do sushi oraz wszelkiej maści "chińczyków" w tym np. 3 butelki sosu sojowego, każdy inny oraz inny od sosu, który ja miałam w domu. Do tego ocet ryżowy, zaprawa do ryżu oraz cała masa innych rzeczy, które w trybie natychmiastowym zawaliły całą szafkę kuchenną. Do tego nori. Już dawno zaplanowaliśmy sushi i kupiliśmy do niego ryż. I tak płynął dzień za dniem, a sushi się nie pojawiało. W końcu zaczęliśmy drżeć, że za chwilę mole zjedzą nam ten ryż zanim my się za niego weźmiemy. W związku z tym wczoraj wieczorem ugotowaliśmy ryż (całe pół kilowe opakowanie - będziemy mieć sushi week, no chyba że month) i zrobiliśmy sushi*. Tzn. robił głównie chłop, ja kroiłam rolki. Skorzystaliśmy z przepisu na choinkę z sushi z bloga Sushi DOMI tyle, że połowę zrobiliśmy z ryżem z wierzchu a połowę z algami z wierzchu, bo się wygodniej zwija ;)

A skąd teraz Polska? Ze sklepu. A konkretniej z czytania etykiet. Po przeczytaniu, że tubka/puszka wasabi składa się w najlepszym razie z 2% wasabi a poza tym głownie z chrzanu i gorczycy, a w tym gorszym razie wcale nie z wasabi tylko z chrzanu, gorczycy, chemii i barwnika, doszliśmy do wniosku, że płacenie ceny 20 zł za nie wiem 10, 20 gramów? barwnika i chemii, to jednak przesada i po prostu wymieszaliśmy w domu chrzan z gorczycą w proszku. Nie jest to tak ostre jak to z tubki, ale też nie postaraliśmy się mocno i użyliśmy chrzanu ze słoika, myślę że świeży tarty chrzan byłby nie do odróżnienia (poza kolorem of course).



Składniki:
ryż do sushi (u nas pół kg)
algi nori
wędzona makrela
awokado
majonez (użyłam domowego, mój debiut)
koperek
+ do niektórych poszła także smażona na półchrupko marchewka

+ ocet ryżowy, sos sojowy, cukier na zaprawę (przepis był podany na opakowaniu ryżu, ale daliśmy duużo mniej cukru)
+ sos sojowy, wasabi (chrzan z gorczycą) do moczenia rolek
+ można dać też marynowany imbir na przegryzkę, ale skoro ja też to miałam jeść to nie było

Sposób przygotowania:
Ugotować ryż według przepisu na opakowaniu, pozostawić do wystudzenia, zaprawić (również wg przepisu na opakowaniu, my wolimy kwaśniejsze, więc daliśmy 2 łyżki octu, łyżkę sosu sojowego i troszkę cukru). Teraz zwijanie:
Nasz przepis był na uramaki, czyli sushi z ryżem na wierzchu. W związku z tym, że ryż się lepi, rolki zwija się na macie owiniętej w folię spożywczą. Wygodnie jest zrobić je z połowy płata nori (przy okazji łatwiej też zjeść taki mniejszy kawałek). Na macie umieszczamy nori, na płacie alg rozsmarowujemy warstwę ryżu, tak by pokryła całość (inaczej niż gdy to nori ma być na wierzchu), ryż obsypujemy koperkiem. Odwracamy ryżem do maty i na algach smarujemy pasek chrzanu (wasabi lub wg naszej tajnej receptury ;)), umieszczamy pasek makreli (trzeba ją wcześniej uważnie pozbawić ości) i pokrojone na paski awokado, dodajemy pasek majonezu, zwijamy ciasno. Czynność powtarzamy do utraty tchu i składników. Można ułatwić sobie zadanie robiąc normalne maki - trzeba wtedy pamiętać, by zostawić z brzegu pasek alg bez ryżu i zmoczyć go wodą przed zwinięciem, by skleił się w wałek. 

Sushi kroimy dużym ostrym nożem, który pomiędzy każdym cięciem myjemy i zwilżamy wodą. Ryż na drugi dzień po ugotowaniu nie lepi się już tak do noża, wystarczy zwilżać go co rolkę, a do sushi wciąż lepi się dobrze, więc ugotowanie ryżu dzień wcześniej może być dobrym pomysłem.

* mam dość sushi na następny rok, z butelek zniknęła jedna (ehhh), a to wczoraj było co najmniej 2 tygodnie temu (aż nieprawdopodobne, wydawałoby się że z miesiąc, dwa co najmniej - tak te dni wypchane).
 

poniedziałek, 23 listopada 2015

Chleb z Vermont z maką żytnią razową z garnka żeliwnego

Przepis na ten chleb znajduje się już na blogu pod tym linkiem, tym razem pokazuję tylko efekt z garnka żeliwnego. Trochę się przyjarał, ale opcje były takie, że albo miękkie boki (góra i dół były już mocno rumiane) albo zjarane góra i dół i chrupkie boki. Uwielbiam chrupiący chleb. A węgiel mi nie przeszkadza. 



W tym chlebie zastosowałam też długie garowanie w chłodzie. Zaczyn został przygotowany rano i do wieczora sobie dojrzewał, wymieszałam składniki, odstawiłam na 50 minut, złożyłam, odstawiłam na kolejne 50 minut, złożyłam, poczekałam następne 50 min, uformowałam bochenki i zamiast czekać kolejne 2,5h (była już 22) wrzuciłam je do lodówki na najniższy poziom (najzimniejszy podobno). Chleb upiekłam na drugi dzień po powrocie z pracy. Jeden siedział w lodówce trochę dłużej, bo jak dotarłam do domu o 16.30, od razu, jeszcze w kurtce poleciałam odpalać piekarnik, to pierwszy chleb wjechał do środka ok. 17.15, piekł się ok. 40 min. (z czego ok. 20 min. pod przykryciem) i dopiero wtedy do pieczenia mógł zostać przeznaczony drugi bochenek (wada garnka). Na szczęście nie był to problem. W sam raz miałam tyle czasu by upiec chleb i w międzyczasie zrobić się na bóstwo przed wyjściem do teatru ;) 

Efekt: fantastyczne dziury w środku, chrupiąca skórka, za to w związku z lodówkowaniem, na wierzchu bochenków dość twarda skorupa. Na szczęście po nacięciu i upieczeniu w garnku nie widać zbyt dużej różnicy, zastanawiam się jednak czy da się wprowadzić jakieś ulepszenia w tej kwestii, żeby nie robiła się gruba skóra. 

Nie ma jednak co narzekać, dwa chleby upieczone w piątek wieczorem, pierwszy raz ukrojone w sobotę, dziś została ostatnia ćwiartka. Jadaczek 2 w porywach do 3 ;)

Makaron z dynią i szałwią

Szybka propozycja na ciepły obiad do pracy. Miały być canelloni z masą dyniowo - serową zapieczone pod szpinakiem, ale w najbliższych paru sklepach nie było szpinaku. Początkowo miałam nawet wymagania, że lepszy będzie ten mrożony w płacie, co po rozmrożeniu staje się nieapetyczną breją - bo jako składnik sosu sprawdziłby się wyśmienicie, ale nie było żadnego, ani brykietów, ani liści, nic. No to trudno, coś trzeba zjeść. Powstał w takim razie makaron z dynią. Do dyni świetnie pasuje szałwia, więc zostały podsmażone razem, do tego ostra papryka, pieprz mielony i twardy owczy ser, który miał robić za parmezan, ale nie robił, bo zapomniałam posypać. Ser potem zjadłam oddzielnie. Bardzo pyszny :D Oczywiście produkcję powierzyłam mężowi - specjaliście do spraw makaronu w naszej kuchni.



Składniki:
makaron
pieczona dynia pokrojona w kawałki
listki szałwi
masło
sól, pieprz, papryczka chilli
+ ser twardy, nierozciapliwy - parmezan, grana padano, u nas twardy dojrzewający ser owczy nabyty na jakimś festynie

Sposób przygotowania:
W jednym garnku ugotować makaron, w tym czasie na patelni rozpuścić masło i na maśle podsmażyć listki szałwii, by puściły aromat, dodać pokrojoną w kawałeczki chilli (do smaku - uważać by nie wrzucić zbyt wiele, smakuje wtedy wyłącznie papryką) i dynię, razem przez chwilę obrabiać cieplnie, aż smaki się połączą, doprawić solą i świeżo mielonym pieprzem. Podać z serem do posypania.

Szybko, prosto, pysznie. I sezonowo.

wtorek, 17 listopada 2015

Łosoś z kawiorem - przystawka lub przekąska ą ę

Przepis znam od moich rodziców. Bardzo lubię łososia z kawiorem, ale robiony jest bardzo rzadko, bo to taka ą i ę przystawka. Można by go podać na święta, ale jest tyle tradycyjnych potraw, że trudno wtedy docenić takie danie. Warto użyć porządnego łososia wędzonego, takiego by miał równe, cienkie i nierozpadające się płaty, mój - ten użyty na zdjęciu nie spełniał tych warunków, w związku z czym rolki są różnej wielkości i troszkę są nieforemne, no ale była to potrawa z pozostałości masy serowej, więc też nic się nie stało, że nie były jakieś super foremne, bo to tylko wersja na domowe śniadanie. Uwaga - do plastra łososia nie wchodzi zbyt wiele masy, więc nie trzeba robić jej zbyt wiele (zawsze zostaje, mnie tam nie przeszkadza, masa jest wystarczająco smaczna nawet bez łososia).



Składniki:
ok. 180 - 250 g twarogu sernikowego - trzeba uważać kupując, w niektórych serach jest mąka ziemniaczana w składzie, co przy serniku jest ok, przy innych rzeczach tak sobie
pęczek koperku
sok z cytryny (w zależności od planowanej kwaśności od pół do całej cytryny)
słoiczek czerwonego kawioru
sól, pieprz kajeński (nie przesadzić, bo będzie smakowało tylko pieprzem)

+ łosoś wędzony w plastrach

Sposób przygotowania:
Składniki masy wymieszać, dobrze drobno pokroić koperek, żeby się nie ciągnął poza łososia. Gotową masę wykładać na plaster łososia, następnie go zwinąć, układać na talerzu, pokropić sokiem z cytryny, udekorować koperkiem. Schłodzić w lodówce, wtedy całość lepiej się trzyma i łatwiej podać na talerz.

Piegusek na białkach z jabłkami

Tym razem już całkiem debiut. Z sernika zostało mi 5 białek. Początkowo planowałam kokosanki, ale porcja jest z 2 białek, więc z 5 to by mi chyba wagon kokosanek wyszedł. Poszukałam zatem pieguska, którego też już dawno planowałam. Miałam też sporo jabłek (dalej mam, dostałam całą siatkę jabłek). Był tylko jeden szkopuł - wszystkie pieguski miały 250 g masła, a ja miałam wszystkiego 210 g. W związku z tym, że większość przepisów zawierała rozpuszczone masło, to pomyślałam, że dodanie oleju będzie ok. Postanowiłam poszukać w necie jakiegoś przepisu, który zawierałby taką modyfikację. Znalazłam na blogu Wypieki z pasją i przepis tam podany ogólnie bardzo mi się spodobał, bo cukru też było mniej. Super.



Składniki:
szklanka maki pszennej (użyłam 405)
szklanka suchego maku (dałam troszkę mniej, sypałam po kolei, mieszając i uznałam że dość, gdy na dnie zostało jeszcze trochę)
szklanka białek (u mnie 5)
pół szklanki cukru
pół szklanki stopionego masła (olej rzepakowy)
łyżeczka proszku do pieczenia
ewentualnie bakalie (nie dałam)

+ podzielone na kawałki jabłka, posypane cukrem i cynamonem

Sposób przygotowania:
Ubić pianę z białek, powoli dodawać do białek cukier, dodać olej, cały czas mieszając. Przesiać mąkę, wymieszać, dodać ewentualne bakalie i mak, wymieszać. Ja od etapu oleju używałam do tego celu ręcznej trzepaczki. Ciasto wyłożyć do formy posmarowanej masłem i ewentualnie obsypanej czymś fajnym (np. wiórkami kokosowymi - ja nic nie dałam). Teraz można dodać jabłka, zanurzając je w cieście. Piec w temp. 200 stopni przez ok. 40-50 minut (lub do suchego patyczka). Można polać lukrem, polewą czekoladową, posypać cukrem pudrem - ja zostawiłam bez wierzchu, bo w środku są wilgotne jabłka. I tak wygląda super, smakuje też wspaniale.

Sernik dyniowy na kruchym cieście

Mam klęskę urodzaju z zakresie dyni. Każdy z nas kupił dynię, jedna na pewno nie pomarańczowa (dzisiejsza bohaterka), druga - kij wie, prawdopodobnie, ale pewności nie ma (z wierzchu zielona, a zielone są w środku w różnych kolorach w zależności od gatunku), a potrzebna była na pewno pomarańczowa - robiłam, obecną już tutaj sałatkę z dynią i jarmużem, a że robiłam na okazję to i efekt musiał być apetyczny. W ten sposób do zestawu wjechała jeszcze dynia hokkaido, właściwie dwie, z czego jedna poszła do sałatki. I tym sposobem mamy już trzy dynie do zużycia. Nie szkodzi, lubimy dynie, nawet tak do jedzenia na kanapce z dodatkiem różnych innych rzeczy - sałaty, sera, pomidora, jakiejś wędliny. No ale co za dużo to niezdrowo. Rozpoczęłam poszukiwania przepisów. I tu znowu mąż: A ja to bym zjadł z tą dynią ciasto, najchętniej sernik. Nie wiedziałam, że jest coś takiego jak sernik dyniowy. Coś czuję, że on skrycie przegląda kuchenne strony częściej niż ja. Znalazłam parę sztuk. Zrobiłam. Mój drugi sernik w życiu, pierwszy, który nie opadł, przeciwnie, jest prościutki jak stół. Troszkę pękł przez środek, ale profilaktycznie rozpoczęłam cięcie właśnie tam, także nie widać ;) Wyszedł pyszny. Jak na moje potrzeby, troszkę za słodki, ale ja jestem dziwna, dla mnie słodycze mają być każde byle nie słodkie. Ale trzy osoby, które jadły, mówią że jest super. Cieszę się ogromnie. Kolejny level zaliczony ;) Na wypadek wpadek można ten sernik polać polewą czekoladową, ale mój był na tyle ładny (w moim własnym mniemaniu), że nie było takiej konieczności.

Korzystałam z przepisu z bloga Kraina rozkoszy podniebienia, tylko go troszkę inaczej doprawiłam. Bez imbiru.



Składniki:
na kruchy spód
125 g mąki pszennej
10 g cukru
2 żółtka
60 g zimnego masła
szczypta soli

na masę serową
750 g twarogu sernikowego (użyłam z Biedronki)
250 g serka mascarpone
3 jajka
3 żółtka
2 łyżki soku z cytryny
3 łyżki mąki ziemniaczanej (dałam prawie 4, bo masa była dość płynna po wymieszaniu)
190 g cukru (może być mniej, tyle to dla mnie troszkę za dużo)
425 g puree z dyni (dałam troszkę więcej, bo moja dynia była bardzo sucha, miałam jej mniej więcej tyle, ale nie chciała się zmielić, musiałam dodać troszkę wody)
1 łyżeczka cynamonu
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
3 roztarte w moździerzu goździki
kilka kulek białej gorczycy
(w oryginale jest pół łyżeczki imbiru, ja zamiast tego dałam goździki i gorczycę)
Wszystkie składniki na masę w temp. pokojowej (trzeba je wyjąć z lodówki ok. 2h wcześniej)

Sposób przygotowania:
Składniki na ciasto wymieszać nożem, potem już w kulę ręcznie, tak, by masło się nie zagrzało za mocno. Kulę z ciasta wrzucić do lodówki na 30 min. Po tym czasie na dno tortownicy położyć papier do pieczenia, na papierze umieścić ciasto, podziurawić je widelcem i upiec przez 10 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. Nie jest wtedy całkiem upieczone, ale potem ciasto długo się piecze z masą, więc chodzi o to, żeby się nie spaliło. Ciasto po wyjęciu trzeba ostudzić.
Jajka, żółtka, sok z cytryny, mąkę, cukier i przyprawy zmiksować, a następnie dodać puree z dyni i dalej zmiksować. Dodać stopniowo obydwa rodzaje sera, ciągle miksując do czasu, aż masa będzie gładka i jednolita (dobrze robić to w wysokim garnku, masa pryska, więc mieszając w misce miałam całą kuchnię w ciapki). Masę serową wylać na podpieczony spód i włożyć do piernika rozgrzanego do temperatury 170 stopni C. Po chwili temperaturę zmniejszyć do 150 stopni C. Sernik piec przez około 65 minut (piekłam dłużej, ok. 1,5h) Upieczony sernik wystudzić, a następnie schłodzić w lodówce (chłodziłam stopniowo w piekarniku, potem na blacie, nie mam miejsca w lodówce). Odpowiednią konsystencje uzyska dopiero po całkowitym ostygnięciu. 

Jest bardzo dobry, wyrośnięty, równiutki, wilgotny, z cieniutkim kruchym spodem. Mniam, mniam.


Chleb codzienny Lu bez drożdży z garnka żeliwnego

Jak postanowiłam, tak zrobiłam - upiekłam najczęściej pieczony u mnie chleb przy użyciu żeliwnego garnka. Ponieważ przepis jest na w sumie 750 g mąki + zakwas uznałam, że nie ma sensu robić dwóch bochenków, skoro i tak nie da się ich upiec naraz. Przygotowałam więc jedną kulę ciasta. Zachęcona sukcesem poprzedniego wypieku nie dałam do ciasta również drożdży. W związku z tym powtórzę przepis, choć poza drożdżami i garnkiem nic się nie zmieniło. Ale z komentarzy wnoszę, że szczegółowe opisanie procesu chlebowego jest dla Was przydatne, a poza tym nie trzeba będzie sięgać do tego przepisu. (do którego ja oczywiście w tej chwili sięgam ;))



Składniki:
na zaczyn 
100 g zakwasu żytniego
100 g mąki pszennej 650
150 g ciepłej wody (z kranu - drożdże giną w 60 stopniach więc mniej)
wyrastanie 8-12h

na ciasto
zaczyn
300 g wody
łyżeczka miodu
łyżka soli
600-650 g maki pszennej 650
Sposób przygotowania:
Wymieszać składniki zaczynu, zostawić w misce pod ściereczką na 8-12h do wyrośnięcia. Po tym czasie domieszać pozostałe składniki i wyrobić mikserem aż składniki będą dobrze połączone. Ciasto jest dość gęste, ale plastyczne. Zostawić na 2,5h lub do czasu aż podwoi swoją objętość. Uformować bochenek lub dwa i zostawić na kolejne 1,5h do wyrośnięcia, ja wyłożyłam miskę ściereczką, omączyłam ściereczkę i do tego - łączeniem do góry - wsadziłam chleb. Podczas wyrastania (ok. 45 min przed końcem) nagrzać piekarnik, tym razem dałam na 240, bo przepis mówi o stopniowym zmniejszaniu temp., a przy garnku i tak to raczej niewiele da. Wraz z piekarnikiem rozgrzewać i garnek wraz z pokrywką. Po nagrzaniu piekarnika i zakończeniu wyrastania chleba, rozwinąć papier do pieczenia na blacie i na niego wyrzucić chleb z koszyka. Można naciąć, choć nie jest to konieczne, chleb i tak popęka jak chce ;) mniej lub bardziej przejmując się nacięciem. Następnie cały chleb przenieść na papierze do garnka i wrzucić do piekarnika. Całość piec ok. 30 min pod przykryciem, dopiec bez przykrycia lub w ogóle bez garnka. Tym razem, w związku z tym, że był jeden większy chleb to piekarnik radził sobie jakoś z przypieczeniem góry, więc nie trzeba było wyjmować.

Różnice w stosunku do chleba pieczonego na blasze:
- większe dziury
- bardziej chrupiąca skórka
- pęka jak chce, więc robienie wzorów nożem nic nie da

W smaku nie ma specjalnej różnicy (poza moją kochaną chrupiącą skórką). Mąż twierdzi, że różnica jest na tyle niewielka, że jeżeli garnek jest metodą mniej wygodną, to można pozostać przy blasze. Moim zdaniem specjalnej różnicy nie ma, bo z jednej strony jest trochę zabawy z targaniem gara, za to nie trzeba co chwilę zmieniać temp., można zostawić chleb w piecu na pół godziny i zająć się czymś innym, a podglądanie jak się piecze i tak nie ma sensu, bo przez żeliwo nie widać ;) ... i nie muszę chodzić na siłkę. Na razie chyba pozostanę przy garnku, chyba, że będzie więcej różnorodności do pieczenia, bo wtedy gar zdecydowanie przeszkadza. Upiekłam kiedyś chleb razem z 2 innymi rzeczami na innych blachach, z garnkiem nie do wykonania (przynajmniej moim), bo nic prócz niego nie mieści się w piekarniku.

czwartek, 12 listopada 2015

Gulasz warzywny z orzeszkami ziemnymi

Kolejny z przepisów mojego męża. Pomysł podpatrzył w restauracji Etnika, gdzie miał okazję jeść gulasz warzywny z fasolą i masłem orzechowym. Od siebie dodał bakłażana i doprawił po swojemu. Z braku masła orzechowego, w naszej wersji są mielone fistaszki. To jedna z tych potraw, które zdecydowanie lepiej smakują niż wyglądają - i tak fotografia była bardzo łaskawa, na żywo jest gorzej ;). Jest to typowy comfort food, ale z gatunku tych co zje się z przyjemnością, ale nie śni o nich po nocach. Moim zdaniem orzeszki w tym daniu zdecydowanie powinny występować w całości, lepsza tekstura, solidny kawałek orzecha do (nomen omen) zgryzienia, w wersji zmielonej tylko psują kolor sosu ;) Skład i sposób przygotowania odtwarzam z talerza oraz z podpatrzenia sposobu produkcji. I tak każdy doprawi po swojemu.



Składniki:
marchewka
bakłażan
fasola czerwona z puszki
pomidory z puszki
zielona papryka (lub inny kolor, ja bym żółtą dała)
cebula
mielone fistaszki (dajcie w całości)

liść laurowy, sól, pieprz ziarnisty, czosnek, papryka, kardamon mielony
(edytowałam przyprawy po konsultacji)


Sposób przygotowania:
Na oleju zeszklić cebulę, dodać marchewkę, paprykę, gdy zaczną mięknąć dodać bakłażana i fasolę, następnie pomidory (i co tam Wam pasuje, żeby do tego dodać, byle dopasować czas duszenia), dodać puszkę pomidorów, następnie fistaszki, doprawić do smaku.

Podawać z ryżem.

Chleb żytni 66% "ulubiony" Hamelmana na zakwasie bez drożdży pieczony w żeliwnym garnku

Ufff ale długi tytuł, ale trzeba było pochwalić się techniką ;) Przepis pochodzi z książki "Chleb" Hamelmana, ale trochę w nim zamieszałam. To znaczy właściwie to nie zamieszałam do niego drożdży, które są w przepisie, bo zakwas wygląda kwitnąco (miałam napisać, że kwitnie, ale to w przypadku zakwasu chyba nie najlepiej ;)). Poza tym po raz pierwszy użyłam do wypieku mojego nowiutkiego (i ciężkiego jak skurczybyk) żeliwnego garnka. Plusy ogarniam - skórka zdaje się być bardziej chrupiąca niż normalnie, dziury są fenomenalne - niestety nie pamiętam jakie były poprzednio, dawno nie piekłam tego chleba, a moje przekonanie, że na pewno jest już o nim wpis na blogu i tym razem tylko pochwalę się nową techniką (oraz nie dodaniem drożdży) okazało się być oparte na wątłych podstawach. Albo nie ma, albo wyszukiwarka w blogu szwankuje, ale próbowałam na wszelkie sposoby i nie znalazłam. Najwyżej będą dwa. Minusów też jest parę: głównie to, że dwa chleby nie mieszczą się w garnku, a opcja jeden w garnku, jeden luzem odpada z uwagi na wielkość garnka - sam garnek ledwo mieści się w piekarniku. Mąż już zaproponował nabycie mi drugiego piekarnika :D :D :D żebym mogła piec więcej naraz i dzięki temu szła wcześniej spać. A tak to spędziłam upojne 2h na samym pieczeniu. Na czas garowania pierwszego, drugi został skierowany do lodówki, żeby nie przerósł, jednak i tak za wcześnie go wyjęłam, bo w pieczeniu trochę rozjechał się na boki i bardziej przypomina popękane siodło niż chleb, za to jest pyszny. Posiłkując się wpisami z różnych blogów, gdzie chleby przygotowane normalną techniką pieczone są w garnkach, nacięłam chleb jak zwykle, co w przypadku okrąglaka sprawdziło się w miarę - pęknięcia są trochę za głębokie jak na mój gust, ale niech będzie. Za to w przypadku podłużnego rozjechanego, prawie nie widać linii nacięcia - popękał sobie jak chciał. Dziury są świetne, dokładnie takie jak lubię, skórka też niczego sobie. W podłużniaku, który został już napoczęty, piętki są nieco gumowate, ale to moja świadoma decyzja, jak się wstaje o 6, godzina pójścia spać nie powinna być późniejsza niż 24. A była. Byłaby jeszcze późniejsza gdybym czekała na porządne zrumienienie piętek.

Chleby dopiekałam poza garnkiem, bo garnek mam bardzo wysoki i o ile spody zarumieniły się fenomenalnie to góry wcale nie chciały. Ogólnie jestem zadowolona z rezultatu. Kolejny spróbuję chleb codzienny "Lu" bo piekę go najczęściej, więc mam najlepsze porównanie efektu.



Składniki:
na zaczyn
363 g mąki żytniej chlebowej (typ 720)
289 g wody (dałam trochę więcej, bo mi tak pasowało, zaczyn był bardzo gęsty, a ja wiedziałam, że piekę w garnku, więc w razie coś luzik, będzie w kształcie garnka)
17 g (2 łyżki) aktywnego zakwasu (zawsze daję dwie łyżki i nigdy nie jest to 17g, bliżej 100 albo 300... i zawsze wychodzi, więc luz)

Ma rosnąć 14-16h w temp. 21 stopni (u mnie rósł 9-10h w temp. ok. 23 stopni, bo tyle mniej więcej mam w domu)
 
na ciasto
cały zaczyn (bez 2 łyżek, który odkładamy do lodówki na następny chleb - ja mam większy "zakwas matkę" więc sobie tym nie zawracam głowy)
235 g mąki żytniej chlebowej (typ 720)
309 g mąki pszennej chlebowej (użyłam jak zwykle 650)
391 g wody 
17 g soli (łyżka)
3 g drożdży instant (pominęłam)

Sposób przygotowania:
Rano wymieszałam składniki zaczynu. W związku z tym, że było święto, było to umiarkowanie rano - ok. 11. Po 9h zaczyn wyglądał na wyrośnięty, więc wymieszałam resztę składników i zostawiłam na 30-40 minut do wyrośnięcia. Wygląd ciasta nie napawał optymizmem - ciasto miało konsystencję półpłynnego cementu i mniej więcej równie mocno kleiło się do wszystkiego. Na blat wysypałam grubą warstwę mąki, ręce omączyłam grubo niemal do łokci i przygotowałam kupkę mąki do kolejnego omączania. Zdjęłam pierścionki (tym razem nie zapomniałam i dobrze, bo bym ich szukała w chlebie). Ciasto wylałam na blat. Było z tym trochę zabawy, ale udało się mniej więcej uformować dwa chleby, jeden okrągły, drugi podłużny i umieścić je w koszykach wyłożonych obficie omączonymi ściereczkami. Tak rosnąć mają 50-60 minut. Tyle też czasu zajmuje nagrzanie piekarnika do 240 stopni. Jeden chleb włożyłam do lodówki, bo miał czekać na swoją kolej, drugi wyrastał na blacie. Piekarnik wraz z umieszczonym na blasze garnkiem żeliwnym z pokrywą nagrzałam do 240 stopni (grzanie góra-dół). Po tym czasie wyjęłam (ledwo) garnek, chleb wyrzuciłam na papier do pieczenia, a następnie na papierze wrzuciłam go do garnka. Poszło bez najmniejszego problemu (bo w porę przypomniałam sobie, żeby jednak włożyć rękawice - do pieca na łopacie często wrzucam bez lub w jednej tak na wszelki) i garnek z powrotem umieściłam w nagrzanym piecu.
Przepis mówi: piec 15 minut w temp. 240 stopni i 30-40 w temp. 230 stopni. Ja tak po 10 minutach zmniejszyłam temp. czy to jakkolwiek wpłynęło na garnek nie wiem. Po pół godzinie zdjęłam pokrywę, piekłam jeszcze 10-15 minut w garnku, a następnie dopiekałam już bez garnka, żeby ładnie zrumienił się wierzch (to już jak podejrzewam kwestia garnka, mój jest bardzo wysoki, więc pewnie trudniej przypieka się to co tam gdzieś siedzi na dnie, nawet jak zdejmie się pokrywę. Spód zrumienił się idealnie). Drugi chleb wyjęłam na blat, gdy pierwszy wjechał do pieca, więc też rósł w temp. pokojowej przez ok. 50 minut. Co jak już uprzednio wspomniałam nie do końca się sprawdziło.



Do śniadania poszło pół chleba. Miąższ troszkę się ciągnął, ale to dlatego, że przy tym chlebie napisane jest, że przed rozkrojeniem powinien poleżeć 24h. Nasz leżał jakieś 6h, bo stary chleb mimo przechowywania w lnianym woreczku, złapała jakaś pleśń, czy cokolwiek to było, w każdym razie mało apetyczne i z żalem musiałam go wyrzucić.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Chleb Norwich

Czyli chleb ufo z dziurami jak z piekarni. Nie ustaję w poszukiwaniach chleba, który można przygotować w tygodniu, tak żeby wkleił się w przeciętny dzień pracy oraz ewentualną konieczność zrobienia zakupów. Do zrobienia tego chleba przekonało mnie: 1) to, że był propozycją weekendowej piekarni po godzinach, a to podczytywanie piekarni było jednym z powodów dla których powstał mój blog (choć nie jestem mistrzem brania udziału w akcjach kulinarnych, bo mi schodzi, żeby się zmobilizować, ale sama akcja mnie urzekła i ogrom przekazanej tam wiedzy jeszcze mocniej) 2) autorka bloga z którego wzięłam przepis czyli Para w kuchni napisała: świeży bochenek tak nam zasmakował, że osobiście wciągam go na listę ulubionych. No i jak tu nie zrobić takiego chleba? Dodatkowego smaczku dodaje fakt, że chleb ten ma opcję 16h wyrastania w lodówce, co już brzmi obiecująco w kontekście pracy i braku heroicznych poświęceń na rzecz chleba (pamiętacie pobudkę o 5 rano?). Niestety zrobił się z niego okrutny plaskacz, za to dziury ma super. Jest pyszny w smaku, ale dawno tak brzydkiego chleba nie upiekłam. Zawiozłam ten chleb na imprezę do rodziców, a mama - "co taki płaski?" A to był ten bardziej wyrośnięty. Eh,eh... No nic, zgodnie z zasadą "w pewnej chwili chyba na nim usiadłem, ale smakuje wciąż tak samo" nie ma się co przejmować ;) Grunt, że chlebek dobry i całkiem bezproblemowy okołopracowo. 

Pochwalę się jeszcze, mój zakwas, który został ofiarowany koleżance okazał się być super i wychodzą z niego pyszne chlebki! Jak fajnie słyszeć takie rzeczy :) (Małgorzato, miód lejesz na me serce, gdybym była nieżonatym mężczyzną, natychmiast poprosiłabym Cię o rękę).



Składniki:
900 g białej mąki pszennej chlebowej (użyłam 650)
120 g mąki żytniej razowej
600 g wody w temp 23 stopni (dałam z kranu)
360 g aktywnego zakwasu (dałam troszkę ponad 300 g pszennego i resztę żytniego)
23 g soli (dałam dużą kopiatą łyżkę)



Sposób przygotowania:
Wymieszać mikserem wszystkie składniki oprócz soli - tylko do połączenia składników i zostawić na 30 minut do autolizy (zapomniałam o tym i wrzuciłam wszystko, ale że z Hamelmana dowiedziałam się, że autoliza zastępuje długie mieszanie celem wykształcenia się porządnej siatki glutenowej (albo w jakimś innym celu, w każdym razie miało zastąpić mieszanie), to po prostu dłużej pomieszałam - mój mikser rozgrzał się prawie do czerwoności, bo ciasto jest dość ciężkie). Po dodaniu soli wymieszać 3-4 minuty aż gluten będzie średnio rozwinięty (to widać, że ciasto zaczyna być coraz bardziej sprężyste). Przełożyć ciasto do naoliwionego pojemnika (zapomniałam naoliwić, zawsze rosną u mnie w tej samej misce co mieszałam - zalety ręcznego miksera). Zostawić do wyrośnięcia na 2,5h, w tym czasie 2x złożyć, po 50 i 100 minutach - ja to robię na blacie, przy okazji sprawdzam czy wszystko się wchłonęło i czy konsystencja ciasta jest odpowiednia. Wyrośnięte ciasto uformować w bochenki (2 duże lub 4 małe - jak dla mnie nie wyszły jakieś giganty, więc dwa są ok). Każdą porcję uformować w kulę i zostawić na 15 minut by odpoczęły, potem formować bochenki, wsadzić do koszyków lub misek przykrytych omączoną ściereczką, wsadzić do worków foliowych i wyrastać ponownie ALBO 2-2,5h w temp. pokojowej ALBO 1,5h w temp. pokojowej i potem 2-16h w lodówce. U mnie dokładnie przykryte folią michy wyjechały na balkon. Ponieważ temp. miała być niższa niż w lodówce (od 0 do 5 stopni), to stwierdziłam, że luzik, może poleżeć dłużej, w sumie leżało chyba ok. 17h + na czas nagrzewania pieca wstawiłam je do domu (ok. 45 min), co chyba było błędem, ale kiedyś takie prosto z lodówki, w ogóle nie chciały rosnąć w piecu, więc w efekcie nie wiem jakie tu panują zasady.  
Piec rozgrzać do temp. 245 stopni i zaparować. Wsadzić nacięte bochenki (to absolutnie konieczne, chleby z lodówki mają grubszą skórkę, która może nie pęknąć sama, a wtedy chleb na 100% nie wyrośnie jak trzeba) i obniżyć temp. do 200 stopni. Piec 12 min z parą (u mnie to rondel z wodą na dnie piekarnika) a potem jeszcze kolejne 15-20 min bez pary. Parę upuszcza się poprzez uchylenie drzwiczek piekarnika, potem można je zamknąć, gdy para ujdzie. Gotowy chleb postukany od spodu wydaje głuchy odgłos. Jeżeli góra jest zarumieniona i "głucha" a dół blady, można po prostu odwrócić bochenek dołem do góry i dopiekać, aż się zrumieni i wyda głuchy odgłos. Studzić na kratce (u mnie w zależności od wielkości wyrobu jest to albo grill z mikrofalówki - jeden chleb, albo ruszt z piekarnika ustawiony na podgrzewaczu :D).

sobota, 7 listopada 2015

Oliwa, pasta z oliwek i pomidory suszone Frantoio Ghiglione

Dostaliśmy w prezencie taką elegancką paczkę włoskich produktów. Prezent był ofiarowany jak najbardziej na okazję, przywieziony prosto z Włoch, prezentowi towarzyszyła jednak prośba by ocenić produkty i dać znać czy ma to u nas szanse. Hmm, co do marketingowej wartości mojej opinii, to nie wiem czy bym na niej polegała, jedzenie ma dla mnie bardzo dużą wartość, więc i nie żałuję kasy na dobre produkty, za to pewnych nie kupuję wcale. Nie jestem raczej typowym konsumentem.

Ten produkt należy jednak to tak zwanego segmentu premium. Znaczy to tyle, że oliwa nie jest mieszanką oliw stąd i stamtąd, tylko dokładnie podany jest gatunek oliwek i jego pochodzenie, to samo przy paście z oliwek, na pomidorach brak już tej informacji, ale skład w dalszym ciągu jest mocno ok. Tym w ogóle zdobyli moje serce. Ja nie cierpię pomidorów w oleju! (jak się wczoraj przekonałam, nie lubię tych w silnikowym, w dobrej oliwie są pycha). Ale znaczy to też zapewne, że cena rynkowa produktu może być wysoka. Po kolei:
Oliwa:
Oliwa z oliwek extra vergin z Taggiasca (informacja o pozyskaniu bezpośrednio z oliwek za pomocą środków mechanicznych - jak każe Unia, jest na miejscu). Z internetów powzięłam informacje, że oliwki te uprawiane są w Ponente w zachodniej części Ligurii. Oliwki z Taggiasca są niewielkie, podobne z oliwek nicejskich (co o tyle nie dziwne, że niedaleko do siebie mają, tylko hyc przez granicę), głównie używane do produkcji oliwy, bo poziom oleju w owocu to 23-26%. Kolor oliwek jest jasnozielony, wpadający w żółty.
I widać to w produkcie, oliwa ta jest po prostu żółta, a nie jak np. oliwy hiszpańskie (a przynajmniej te popularnie spotykane) czy greckie (zastrzeżenie jw) wpadające w zieleń.

Oliwa łagodna w smaku, także spokojnie można pić ją prosto z kieliszka, tak jak zrobiliśmy to do testu. Lekką ostrość uzyskuje się dopiero po wypiciu całego kielona. Trzeba zatem dobrać do czego nada się ta oliwa, raczej dania łagodne w smaku, intensywny smak potrawy zabije delikatny smak oliwy. Nawet jedzona tylko z chlebem (specjalnie w tym celu przeznaczony Chleb codzienny Lu - delikatny w smaku) już była stłumiona przez smak chleba. Ale do delikatnych dań, w których olej nie może dominować, a jest takich trochę, będzie idealna.

Pojemność. W paczce prezentowej oliwa raczej nie będzie mieć oszałamiającej objętości - 250 ml. Mam nadzieję, że w normalnej sprzedaży będą większe opakowania, bo szklankę oliwy przy dobrych wiatrach da się zużyć w dwa dni. Specjalnie wybrałam się dziś do sklepu, żeby sprawdzić jak ma się ten produkt do oferty. Przyznam, że nie przyłożyłam się do tego jakoś szczególnie, wybrałam pobliską Almę (bo w końcu delikatesy i zaopatrują się w produkty z wyższej półki, ale poszłam do najbliższej, która jest osiedlowa w związku z czym nie ma takiego wyboru jak w dużej lub nastawionej na klienta z forsą). Oliwy o takiej pojemności w ogóle nie znalazłam, choć wiem, że bywają nawet w moim osiedlowym sklepie.



Pasta z oliwek
Tu zaczyna się bajeczność wczorajszej kolacji. Słoiczek wprawdzie niewielki 170 g, ale też jest to chyba typowa objętość tego produktu (żadnej opcji do porównania w sklepie).

Znów do produkcji użyto oliwek z Taggiasca, które (tu znów internet) do spożycia są fermentowane do czarnych. Skład pasty to oliwki w solance 90% do tego 5% oliwy extra vergin, sól i tymianek. Trochę zastanawia mnie ta ilość, czy 5% to sól i tymianek? Mało prawdopodobne. Widać było że pasta pokryta jest warstwą oliwy, całość pyszna, rozpływająca się w ustach, oczywiście słona (no ale taka ma być), bez jakiejś mocnej goryczki (co zdarza się przy niektórych gatunkach oliwek). Tu zdecydowanie łagodny smak oliwek - bo pewnie z niego wziął się też łagodny smak oliwy - jest na plus dla całości wyrobu. Nie mam zbyt dużego doświadczenia w pastach z oliwek, jadłam zaledwie parę, ale ta była po prostu genialna! Czy jest szansa na jakąś dożywotnią dostawę?



Suszone pomidory w oliwie
No i ostatni produkt. Mój osobisty faworyt. I to nie dlatego, że najlepszy, bo co do tego co lepsze nie możemy się wciąż zdecydować, ale dlatego, że jak wspomniałam na początku, nie cierpię suszonych pomidorów w oleju. Zawsze kupuję suche i namaczam w wodzie. No i wyszło. Ja po prostu nie lubię kiepskiego oleju, a jeszcze bardziej nurzania w nim dobrych rzeczy. Tu prawdopodobnie mamy do czynienia z tą samą oliwą co poprzednio, ale nie zostało to  sprecyzowane na opakowaniu. Łagodna oliwa świetnie się sprawdziła - czuć pyszny, również delikatny smak pomidorów. Skład wyrobu to suszone pomidory 60%, oliwa, sól, przyprawy, czosnek, zioła. Trochę mi przeszkadza, że nie sprecyzowano jakie przyprawy i zioła zostały dodane, tym bardziej, że czosnek został wymieniony oddzielnie. Smakowi jednak nie można nic zarzucić. Lubię pomidory suszone w oliwie. Mniam. A i jeszcze jedno, tym razem miałam możliwość porównania wielkości opakowań - te pomidory są większe od przeciętnych sklepowych, w sklepie też wszystkie były w oleju, a tu mamy w oliwie. Także zdecydowanie jestem zachwycona. 

Mam nadzieję, że pojawi się wkrótce w sprzedaży w wersji każda rzecz osobno, bo pomidory i pastę oliwkową zdecydowanie kupujemy. A jak będzie potrzeba łagodnej oliwy, to i oliwę chętnie kupimy.