Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia fińska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia fińska. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 maja 2014

Wątroba renifera

Serio, serio. Nasi przyjaciele z Finlandii przywieźli nam taki oto prezent - wędzoną wątrobę renifera. Czy jest to fiński (czy może raczej lapoński) przysmak, tego nie wiem, ale fakt jest faktem, że ktoś wpadł na to by to uwędzić i sprzedawać w sklepie. 


 Generalnie w Laponii sporo ciekawych rzeczy można zjeść: naleśniki z reniferzej krwi, mięso z misia (całkiem niezłe trzeba przyznać) i parę innych ciekawych dań. Przepisu zatem dziś nie ma. Opowiem Wam tylko jak smakuje takie cudo. Jest to (jak twierdzi pewna znana mi osoba posługująca się językiem fińskim - choć konia z rzędem temu kto dojdzie do tego skąd zna takie słowa) wędzona na ciepło wątroba renifera. Smakuje jak wątróbka plus aromat wędzarniczy i dużo soli. Ale wbrew opisowi, efekt jest całkiem smaczny, choć na co dzień wolę jednak zwykłą wędlinę ze świnki. Natomiast dumą wielką napawa mnie fakt, że jednak się odważyłam tego spróbować, bo jakoś tak wszyscy się bali ;) Cudo podałam na grzankach z własnoręcznie pieczonego chleba a zjadłam z pomidorkiem i fińską bożonarodzeniową musztardą, która jednakowoż u nas lepiej sprawdza się na Wielkanoc :)


piątek, 31 stycznia 2014

Joulusinappi - fińska świąteczna musztarda

Dla Finów jest to musztarda Bożonarodzeniowa, ale uwzględniając różnice kulturowe w menu, u nas sprawdziłaby się bardziej przy Wielkanocy. Rewelacyjny dodatek do mięsa (na przykład jakiejś pieczeni na zimno), bo do parówek to chyba "zbyt szlachetne", choć jest możliwe, że i do tego celu wypróbuję.

Dziwnym trafem zapakowałam ją do słoika akurat po musztardzie, więc nie dajcie się zwieść pozorom, to nie jest musztarda z Biedronki ;)

Składniki:
1dl (decylitr = 100ml) sproszkowanej gorczycy (mustard powder) - pojęcia nie mam czy dostępne w Polsce, w Finlandii w każdym sklepie
1 dl cukru (można częściowo zastąpić miodem)
1 dl śmietanki 36% (dałam 30% i też wyszło)
2 jajka
ewentualnie 2 łyżki koniaku (nie dałam i jadłam też takie bez)

+ garnek z grubym dnem/do gotowania w kąpieli wodnej

+ trzepaczka/łyżka

Sposób przygotowania:
Odmierzyć składniki, rozbełtać jajka, wymieszać wszystko (poza tym ewentualnym koniakiem) i podgrzewać na małym ogniu (lub w kąpieli wodnej) ciągle mieszając, aż zgęstnieje i przybierze konsystencję musztardy. Teraz jeśli ktoś ma chęć to dodaje koniak. Zapakować do słoiczków, schłodzić, przechowywać w lodówce.


Z podanych proporcji wychodzi ok. 1,5 słoiczka takiego jak na zdjęciu.

czwartek, 4 sierpnia 2011

Kanelbullen "kanelki"

Jeden z moich ukochanych zimowych przepisów. Chciałam wrzucić go w zimie, jak należy, ale zauważyłam, że dział "kuchnia szwedzka" cierpi na wielkie braki w przepisach i mi się go żal zrobiło, a zdjęć "kanelków" mam całkiem sporo w moim domowym archiwum, stąd zostanie wrzucony teraz. Hmm jednak myliłam się co do tych zdjęć - było jedno i to nie z kanelkami w roli głównej... A swoją drogą, strasznie chodzi za mną ciasto drożdżowe. Planuję jednak zrobić je ze śliwkami na najbliższe spotkanie z przyjaciółmi - zwłaszcza po opisywanym już tutaj sukcesie szarlotki z rabarbarem, która niestety nie doczekała swojego zdjęcia (tym razem będę mądrzejsza - obfocę w piekarniku :D).

Kanelki to najbardziej znane i popularne szwedzkie ciasto, pełni funkcję taką jak u nas drożdżówki czy pączki w piekarniach, a może nawet donioślejszą - można je kupić wszędzie, pojedynczo i w większych paczkach. Jednak, gdy w czasie pobytu w Szwecji zrobiła je koleżanka, to Szwedzi swym autorytetem uznali, że nasze lepsze niż te z piekarni i ledwo udało nam się uratować kilka, żeby donieść do pokoju z piekarnika we wspólnej akademikowej kuchni (tak, to był ten minus mieszkania na przeciwległym końcu korytarza względem kuchni ;)).

A więc do dzieła.
Ciasto drożdżowe robimy według tego przepisu
 Można według innych, swoich ulubionych na ciasto drożdżowe, ja jednak jestem fanką tego konkretnego przepisu.

Dodatkowo będzie nam potrzebne:
cukier, cynamon, papier do pieczenia, płaskie blachy
Pomijamy dorzucanie rodzynek do ciasta, za to w żadnym wypadku nie wylewamy białek, które nam zostały.

Sposób przygotowania:
Podstawowe ciasto, przygotowane według wskazanego przepisu dzielimy na dwie części, każdą z nich wałkujemy do uzyskania czegoś na kształt prostokąta (zawsze to będzie owal ;)), rozwałkowane ciasto smarujemy białkiem pozostałym po produkcji drożdżowego, a następnie całość posypujemy w miarę równomiernie cukrem i cynamonem. Trzeba uważać by nie przesadzić z grubością warstwy cynamonowej - cynamon, gdy jest go za dużo i się spiecze, robi się gorzki, a tego byśmy nie chcieli.

Tak przygotowane ciasto zwijamy w rulonik i kroimy na kawałki, podobnie jak kroi się kopytka, kawałki odwracamy, tak by były roladką do góry i układamy na blasze na papierze do pieczenia lub posmarowanej masłem, w pewnych odstępach od siebie. Na blasze odstać je trzeba jeszcze 20 minut. Na proporcję z przepisu wychodzi na dwie blachy takich ładnych bułeczek (rosną jeszcze całkiem sporo na blasze), lub jeśli nie zależy nam tak bardzo na wyglądzie to można próbować upchnąć na jednej blaszce. Następnie wsadzić do piekarnika w temperaturze 180 stopni. Ja piekę na opcji góra + dół, ewentualnie w trakcie modyfikując tryb, jeśli z którejś strony przypieka się za mocno. Trwa to ok. 20 minut, ale trzeba sprawdzać i wyjmować zaraz jak będą dobre (suchy patyczek), przepieczone robią się suche i to już nie to.

W wersji pieczonej z roladką z boku i troszkę spłaszczonej od góry, wypiek ten nazywa się "ucha" i jest bardzo popularny w Finlandii :)

Mniej ortodoksyjnie można kanelki przygotować z kakao do wypieków zamiast cynamonu lub z dżemem. W szwedzkich piekarniach spotyka się najczęściej kanelki napełnione czymś w rodzaju dżemu cynamonowego z dużymi, dekoracyjnymi kulkami cukru pudru na wierzchu.

Dieta wątrobowa: kanelki można przygotować zmniejszając ilość cukru w cieście do minimum (u mnie jakieś 3 łyżki - jedna do ruszenia drożdży potem ze dwie do utarcia żółtek plus cukier do nadzienia), ale nie należy ich jeść bezpośrednio po  upieczeniu, a potem ostrożnie.

piątek, 20 maja 2011

Sima/Mjöd

Kuchni fińskiej ciąg dalszy. Sima/Mjöd to napój delikatnie alkoholowy (raczej w ułamkach procentów potrzeba by to liczyć) nazywany w tłumaczeniach majowym miodem pitnym. W sumie nie wiem czemu, bo w przepisie z książki "The food and cooking of Finland" Anji Hill nie zaobserwowałam ani grama miodu. Jak wspominałam już gdzieśtam w komentarzach kupna sima smakuje trochę podobnie do podłej oranżady. Domowa, którą piłam zrobioną przez Finkę była fantastyczna. Niestety nie wiem czy przepis był podobny do mojego, może uda mi się uzyskać ten oryginalny przepis z pomocą fińskojęzycznych znajomych :) Wyjaśniam też dlaczego nazwę podałam dwujęzycznie - Finlandia jest dwujęzyczna, niewielki procent ludności jest szwedzkojęzyczny (ok. 6%). Zgodnie z ich przepisami tablice muszą być dwujęzyczne, jeśli w danym miejscu mieszka więcej fińskojęzycznych to górna nazwa jest po fińsku, jeśli szwedzkojęzycznych to na odwrót. Podobnie z edukacją, na wszystkich etapach jest fińsko i szwedzkojęzyczna, drugi język jest obowiązkowy (choć większość znanych mi Finów raczej się nie posługuje dobrze szwedzkim).

Sima właśnie dochodzi i prawdę mówiąc drżę trochę czy wyjdzie, choć na etapach pośrednich i tak jest pyszna :)
etap I - przed dodaniem drożdży

Skład:
2 niewoskowane cytryny (jak nie ma innych zwykłe też dadzą radę ale trzeba je porządnie umyć i sparzyć)
150g cukru brązowego demerara (w przepisie nierafinowany, miałam też taki, ale otwarty taki bez oznaczenia o rafinowaniu, więc dałam to co było otwarte)
150g cukru pudru
szczypta suszonych drożdży (a jakże, dałam świeże, zaćmiło mnie w sklepie)
łyżka rodzynek

+ mały ostry nóż (lub obieraczka do cytryn, jak ktoś ma takie profesjonalne urządzenia)
4 litrowe słoiki, garnek min. 4 litry.

Sposób przygotowania:

Cytryny umyć, sparzyć następnie cienko obrać - tak by zdjąć samą żółtą skórkę bez tego białego spodu (jest gorzki), obraną skórkę pokroić w słupki, następnie wydłubać miąższ też bez białych włókien (polecam zdjęcie tej białej skórki z wierzchu, a następnie obieranie cząstek, tak mi szło najszybciej) - wbrew pozorom nawet nie taka żmudna praca jak się obawiałam. 
Zagotować 4 litry wody (oczywiście że zrobiłam to w czajniku na 3x), do gotującej się wody wmieszać cały brązowy cukier i 100g cukru pudru, dodać miąższ i skórkę cytryn, zostawić do wystudzenia, tak by płyn był ciepły (nie zapomnieć o przykryciu garnka, zwłaszcza w lecie, całość jest słodko cytrynowa i może przyciągać owady) - żeby się dało wsadzić tam palec, ciepła woda aktywuje drożdże, ale gorąca może je zabić. Do ciepłego płynu wrzucamy szczyptę suszonych drożdży, zostawiamy w temp. pokojowej na 8h lub całą noc. Rano wyparzamy słoiki (zwłaszcza jak są po ogórkach - wyparzone nie pachną ogórkami) i rozdzielamy rodzynki i pozostałe 50g cukru pudru do słoików, wlewamy płyn (który powinien lekko bulgotać - mój niestety nie chciał). Zakręcamy słoiki i zostawiamy w temp. pokojowej aż rodzynki wypłyną (książka poucza, że może to trwać od 6-8h nawet do 48h zależy od temperatury w pokoju i paru innych wiadomych drożdżom czynników). Jak rodzynki wypłyną wrzucamy simę do lodówki, chłodzimy i pijemy.
tak sima wygląda gdy dochodzi


Edit: dalej nie wygląda jakby miała dochodzić...
Edit2: Teraz widać, że dochodzi, w sam raz k. 48h

Na zdrowie!

niedziela, 15 maja 2011

Kanapka z reniferem

Tych co mają jeszcze dość cierpliwości by dalej tu zaglądać przepraszam za przerwę - blogger odmówił mi posłuszeństwa i nie chciało mnie zalogować (ani, ku mojej tym większej irytacji pozwolić przeglądać cudzych blogów z bloggera) i tak parę dni. Nie wiem co się stało.

Dlatego teraz w końcu piszę o moich kuchennych wspomnieniach z Finlandii.

Fińskie jedzenie jest szerzej nieznane na świecie. W jakichś zbiorach dań ze świata znalazłam kiedyś jako danie typowo fińskie Pokusę Janssona, co do której wcale nie mam pewności czy oryginalnie nie jest szwedzka (pytani mieszkańcy też nie wiedzą). Jest za to masę rzeczy, które są autentycznie fińskie i z których wielu nigdzie indziej dostać nie można.

Czekam jeszcze na zdjęcia innych niż poniższe dań fińskich, które mam dostać od innych uczestników wyprawy, na razie krótki przegląd mojego telefonu:

Zacznijmy od kanapki z reniferem
Kanapka jest czymś w rodzaju kulinarnej przyjaźni polsko-fińskiej, bo chleb (domowy) polski, choć przepis przywieziony z wycieczki do Brukseli ;) bundz całkiem polski, tym razem z placu Nowego, warzywka również, a tylko renifer się wybił. Wbrew powszechnemu mniemaniu, iż wszystko co nieznane smakuje jak kurczak (mówią, że żabie udka, ludzkie mięso) renifer akurat przypomina w smaku salami (co jakby się bliżej zastanowić jest nawet całkiem logiczne).
Tak oto wygląda wprost z pudełka. Aczkolwiek nieprawdą jest jakoby Finowie zapychali się mięsem renifera w pogardzie mając pozostałe zwierzątka, powiedziałabym raczej, że głównie jedzą co innego - renifer jest sporo droższy od innego mięsa. Żeby była jakaś orientacja: taka oto szynka z renifera jest ok. 3x droższa od  np. wieprzowiny, ale już taka sama wędzona na zimno ok. 6x droższa. Kupić można też mięso z renifera oraz z łosia w puszkach, ale to już totalnie dobiłoby wagę naszego bagażu.

Kanapkę z reniferem można zjeść na chlebku ruispalat, który jest w Finlandii bardzo popularny. Pakuje się go wygodnie - każdy przecięty na pół i popakowane do worka. Chlebek jest bardzo dobry, intensywny w smaku, dość ciężki, co powoduje, że je się go mniej, a przy okazji specyficzna forma powoduje, że łatwo wziąć go ze sobą (bardzo mi się przydało po powrocie jak miałam problem ze wstaniem i śniadanie dojadałam po drodze).

Na deser (po śniadaniu też może być deser, a co!) można zjeść wiele ciekawych i typowych dla nich rzeczy. W okresie wielkanocnym jada się mämmi, typowy dla tego czasu deser. Dla mnie wywołuje skojarzenie z kutią, choć w sumie nie do końca - u nas jednak kutię wciąż robi się samemu, mämmi kupuje się mrożone w sklepie (choć może niektórzy robią). Mämmi podaje się ze słodką śmietanką i cukrem lub tak jak na zdjęciu poniżej ze śmietanką waniliową.
Bardziej codziennym deserem czy też przekąską jest ser leipäjuusto jedzony z dodatkiem dżemu z maliny moroszki (żółtej polarnej maliny). W Finlandii miałam okazję spróbować tego dżemu w wersji robionej w domu. Niebo w gębie. Taki sklepowy to zupełnie nie to samo. Ten akurat element jest już dostępny w Polsce - ser w Almie (ale jednak mimo wszystko ten oryginalny jest lepszy) a dżem z moroszki w sklepiku Ikei - to akurat dość podobne do fińskiego kupnego dżemu.

A na koniec jeszcze jeden przysmak: salmiakki. Jest to typowy fiński słonycz. Tak, tak to nie literówki - jest to słodycz, tyle że słony ;) Ja osobiście lubię, zwłaszcza w wersji cukierkowej z xylitolem. Ale wersji różnych rzeczy o smaku salmiakkowym jest cała masa: czekolada, lody, wódka i jak sądzę wiele innych. Wódki nie miałam okazji spróbować, choć jest ponoć czymś niezwykle typowo fińskim, ale jednak nie odważyłam się. Czekolada całkiem dobra, połączenie słodkiego ze słonym bardzo ciekawe. Ale znów nieprawdą jest jakoby wszyscy Finowie pasjami zajadali salmiakki. Mają one bardzo specyficzny smak, więc podobnie jak u nas - jedni je lubią inni nie. Opcje pośrednie (jak dają zjem ale nie to żebym kupował przy każdej okazji) raczej rzadko spotykane.
No to na dziś tyle. Ale będzie więcej z Finlandii, tym razem w moim osobistym wykonaniu, albowiem kupiłam sobie książkę kucharską po angielsku "The food and cooking of Finland" Anji Hill, która całkiem prosto (i najważniejsze w potrójnym systemie miar np. piekarnik w Celsiuszach, Fahrenheitach i poziomach piekarnika gazowego) prowadzi przez fińską kuchnię. Oczywiście steki z łosia czy gulasz z renifera są raczej trudne do zrobienia (z powodu braku składnika podstawowego raczej, niż czegokolwiek innego), ale pieróg karelski (Karjalanpiirakka) okazał się być w miarę prosty - pod warunkiem, że moje zdolności manualne magicznie się poprawią ;)

Jednym słowem, polecam Finlandię na kulinarną wycieczkę.