Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia hiszpańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia hiszpańska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Placki tortilla z ciasta parzonego

Tortilla jest świetną propozycją obiadową z resztek. To znaczy jeżeli w lodówce poniewierają się rzeczy z poprzednich obiadów - mięso, sałata, jakieś warzywa to tortilla będzie akurat, żeby te składniki zużyć w apetyczny sposób. U nas do "wyjedzenia" było mięso z zupy - kawałek wołowiny ok 300 g, na której wcześniej ugotowałam zupę z botwiny. 

Placki na tortillę można przygotować na kilka sposobów. Dla mnie łatwy i przyjemny jest sposób z wykorzystaniem ciasta parzonego - takiego jak na pierogi. Przepis, którego użyłam, z bloga Kuchnia szeroko otwarta bardzo przypomina nasz ulubiony przepis na pierogi, praktycznie jest identyczny, więc myślę, że spokojnie można skorzystać ze swojego sprawdzonego przepisu na pierogi. Notabene robiłam też z tego ciasta makaron, również wychodzi pyszny. Zaletą ciasta parzonego jest to, że bez kłopotu wałkuje się na bardzo cienkie placki, a to właśnie ogromna zaleta przy tortilli. Do smażenia użyłam żeliwnej patelni, na której zwykle smażymy naleśniki.



Składniki:
(na 6 sztuk)
300g mąki pszennej
150 ml wrzącej wody
1/2 łyżeczki soli
3 łyżki oliwy

Sposób przygotowania:
Na stolnicę wysypać mąkę. Dodać sól. W środku zrobić dołek. Do dołka nalać oliwę i stopniowo nalewać wodę mieszając wszystko widelcem (sposób mojej babci na ciasto pierogowe). Gdy mieszanie widelcem nie jest już możliwe, mieszać dalej rękami do uzyskania gładkiego i elastycznego ciasta. Przykryć kulę ciasta ścierką i odłożyć na ok. 20 minut żeby odpoczęło. Podzielić ciasto na 5-6 części i rozwałkować cienko na prawie przezroczyste placki. Rzucać na rozgrzaną suchą patelnię na 1 minutę z każdej strony. Ciasto nie może się zbytnio przyrumienić, bo będzie zbyt sztywne i nie będzie chciało się zwijać. Po upieczeniu wsadzić pomiędzy dwa talerze by nie parowało. Można też przełożyć wilgotnym ręcznikiem papierowym. Na placki układać ulubione nadzienie (u mnie sałata, wołowina, pomidor, cukinia, papryka i sos czosnkowy).

poniedziałek, 28 października 2013

Zapiekanka z brokułem i chorizo - comfort food

Wprawdzie aktualna pogoda nas rozpieszcza (i chwała jej za to, oby jak najdłużej), to w końcu nadejdzie ten dzień, gdy zrobi się zimno, mokro i ogólnie okropnie. Właśnie na taki dzień najlepsza jest ta zapiekanka. Cudnie rozgrzewa i wspaniale poprawia nastrój zmarzniętego człowieka. Stąd niezmiernie podoba mi się określenie, którego na takie dania używają Amerykanie - comfort food. Zawsze gdy myślę o gorącej herbacie w zmarzniętych dłoniach, takim właśnie rozgrzewającym jedzonku i ciepłych kapciach, to mam wrażenie, jakby te małe rzeczy przytulały od środka i mówiły, będzie dobrze, teraz już jest Ci ciepło. Znając życie, to pewnie ewolucja ;)



Składniki:
ziemniaki
brokuł
cebula (u mnie pół średniej)
suszone pomidory (niekoniecznie, w zasadzie można pominąć)
chorizo (ale boczek lub przesmażona wędlina II świeżości też się nada)
sos czosnkowy (gotowy lub robiony)/beszamel
sól
pieprz (u mnie świeżo tłuczony w moździerzu kolorowy)

Sos czosnkowy
majonez o łagodnym smaku (dekoracyjny Winiar chyba najlepszy, ale z Biedronki też da radę)
śmietana (nie jogurt!, wytrąci się serwatka i po sosie)
(w proporcjach pół na pół)
czosnek (wedle smaku)
u mnie gotowy "majonez czosnkowy" przywieziony z Hiszpanii pomieszany z jogurtem, go był za gęsty a tylko jogurt miałam - na szczęście ów produkt miał dość zagęstników, żeby nie wyserwatkować jogurtu ;)

Beszamel
łyżka masła (rozpuścić na patelni)
łyżka mąki (pomieszać z masłem)
mleko (dodać do całości i mieszać aż zrobi się jednolity sos)
można dodać ser, czosnek przyprawy i ogólnie co w duszy zagra

Sposób przygotowania
ziemniaki z brokułem podgotować, można na parze, można w wodzie (ja na parze razem z cebulą), chorizo podsmażyć na patelni. Do naczynia żaroodpornego poukładać wszystkie składniki, polać sosem/beszamelem, zapiec w piekarniku na 180 stopniach, tak z 15 min (trzeba zaglądać).

niedziela, 3 lutego 2013

Paella, tortilla i tapas - Jagiellonią w Hiszpanii

Jak wspominałam wróciłam z posezonowych wakacji, jak zwykle na wodzie. Żeglowanie czy po słodkim czy słonym uzależnia, więc czy słońce czy deszcz, wiatr, lato czy zima, jeśli tylko jest szansa by usiąść "pod smaganymi wiatrem żaglami"* to każdy zarażony tym nieuleczalnym wirusem pakuje manatki i wyrusza na rejs. Tym razem celem była Hiszpania, gdzie krakowski drewniany jacht, mahoniowa Jagiellonia żegluje w ramach powrotu z Wielkiej wyprawy dookoła Europy. Trasa wiodła z Barcelony do Alicante, gdzie załogi na zmianę mogły dowieźć tanie linie lotnicze. Zwiedziliśmy przepiękne miejsca, zarówno w zakresie okoliczności przyrody jak i wytworów rąk ludzkich. Kulinarnie trudno było ze znalezieniem złotego środka, z jednej strony stara kuchenka gazowa na jachcie**, jedyna do używania w czasie trudnych warunków pogodowych, z drugiej niesamowite życie knajpiane hiszpańskiego wybrzeża. Podkreślić należy, że pora w której odwiedzaliśmy Hiszpanię to połowa listopada, w związku z czym na ulicy zdecydowanie łatwiej było spotkać Hiszpana niż turystę, co w innych porach roku nie jest już takie oczywiste.

Mercat Central w Walencji - sjesta
Prowiant: niestety i tu mieliśmy niejakiego pecha. Najbliższe marinie sklepy, w zasadzie niezależnie od miejsca, były drogie i słabo zaopatrzone. Kilkakrotnie dostrzegliśmy Mercat czyli miejscowy targ - oczywiście zawsze zamknięty. Do wyboru do koloru: wieczór, niedziela albo siesta. Stąd też hitem kulinarnym rejsu została kiełbasa fuet. Powszechnie dostępna wszędzie i tania. Po tygodniu nabrałam do niej dzikiego wstrętu ;) Podobnie z chlebem - w sklepach dostępne albo bagietki (np. 2) i bułowate chleby z wora - na 9 osób, słabo. Z warzywami też ciężko, widać, że absolutnie nikt nie zaopatruje się tam w warzywa w markecie, to coś w stylu jarzynowej stacji benzynowej. Drogie, brzydkie i mało. Cóż zrobić, wybieraliśmy co się dało i w miarę możliwości staraliśmy się zrobić z tego coś jadalnego.

Tym bardziej nie dziwi fakt, że możliwość udania się do miasta i zjedzenia czegoś nie z puszki, nie z wora i niekoniecznie gotowanego na wodzie przy sinym wietrze, była przyjmowana przez wszystkich raczej entuzjastycznie.

Przystanek nr 1 kebab w Barcelonie
Nie wiem kto wymyślił, ale większość chciała, poza tym blisko, tanio i otwarte. Niestety wszystkim się wydaje, że jak ktoś żegluje to znaczy że ma kasy jak lodu i trzycyfrowe ceny w euro nie robią na nim wrażenia. No cóż -NIE, zwłaszcza jeśli pływa się prawie 40 letnim jachtem z klubem żeglarskim, więc jak się nie ma co się lubi to się je kebab w Hiszpanii. Notabene całkiem dobry + niezłe hiszpańskie piwo

Przystanek nr 2 paella, patatas bravas i kilka innych mało hiszpańskich potraw w Tarragonie
Patatas - typowa zamulająca przekąska, po prostu pieczone ziemniaki, coś jak u nas chleb ze smalcem, zepsuć chyba trudno, ale też atrakcja żadna (przynajmniej w tym wydaniu)
Paella - no cóż, w tym wydaniu zdecydowanie turystyczna, choć w połowie listopada turystów jak na lekarstwo. A za cenę 11 euro za porcję po prostu barbarzyńska. Jadłam kiedyś fantastyczną w barze na rogu przy stacji metra w Barcelonie, z dala od szlaków turystycznych, za 8, będącą do dziś mym niedoścignionym wzorem. Plus sama robię lepszą od tej tarragońskiej, choć zaopatrzenie w owoce morza mam raczej kiepskie (ha, niech żyją mrożonki).

Przystanek 3 tapas! Walencja
Promocja, każda rzecz 1 euro - czy to piwo czy tapa. za parę euro można się spokojnie najeść, bo tapas, choć niepozorne, są dosyć sycące. Zwłaszcza gdy człowiek czai się na dania ciepłe :) Przy okazji można zapoznać się z całym przeglądem hiszpańskiej kuchni, bo tapą może być wszystko - począwszy od samotnej krewetki w cieście, poprzez tortillę z ziemniakami (czy też jej tapasokształtny odpowiednik), po małą paellę. Po środku jeszcze kawały mięsa na bagietce i milion innych rzeczy.

Przystanek 4 ... hamburgery w przypadkowych barach o 22 i 4 nad ranem, Ibiza
Centrum imprezowego wszechświata? Zapomnijcie. Może w wakacje. W listopadzie jednymi z niewielu otwartych miejsc są kluby go-go. Raczej nie gustuję. Udało nam się naleźć dwa lokale z jakąś muzyką,jeden jakiś około jazzowy, a potem o 4 rano całkiem pusty klub. Po drodze dwie knajpy specjalizujące się w hamburgerach. Ale jak się nie ma co się lubi. I tak mieliśmy szczęście że coś do jedzenia było, bo otwartego sklepu między 22 a 6 rano nie dało się uświadczyć, a jeszcze przed świtem oddaliśmy cumy by zdążyć do naszego ostatniego portu (niech żyje zapomniany grecki makaron z czeluści spiżarni).

Przystanek 5 Pizza, tapas, hiszpańskie śniadanie, i znów tapas Alicante,
 gdzie jeden z załogantów biegiem pędził na dworzec by złapać pociąg do Barcelony, a stamtąd samolot do domu. Reszta leniwie mogła pozwiedzać miasto i jeść, jeść, jeść bo jedni zostawali na kolejny etap (powrotny do Barcelony), a drudzy, w tym ja, samolot do domu mieli z Alicante za to w poniedziałek. Pierwsze wrażenie jakie zrobiło na mnie Alicante wyłaniające się z mroku o poranku - to ale piękne okoliczności przyrody. I jakie paskudne miasto. Ale gdy się już weszło w uliczki starej części, obejrzało twierdzę, zjadło i wypiło, miasto robi się całkiem miłe. I tanie! 11 euro za nocleg w hostelu i to w prywatnym pokoju, to taniej niż w Polsce. Najpierw pizza. Przypadkiem natknęliśmy się na kolejną załogę gdy to właśnie zamawiali. Potem oczywiście obowiązkowe tapas było naszym obiadem przez kolejne dni (tym razem znaleźliśmy nawet tańsze 0,7 i 0,9 euro za porcję), śniadanie jadłam jednego dnia w knajpce pełnej miejscowych staruszków. No cóż, przeciętnie wydawali na śniadanie 3x tyle co ja. Przy czym ani ja na co dzień śniadań w knajpie nie jem, ani nie robią tego polscy staruszkowie. To tyle jeśli idzie o kryzys. Miły i słabo władający angielskim pan kelner objaśnił mi, że tradycyjnym śniadaniem hiszpańskim jest pieczone w głębokim tłuszczu wyciskane z rękawa cukierniczego ciastko + kawa. Zwykle czegoś tak słodko-tłustego na śniadanie zjeść nie jestem w stanie, więc i tam z zainteresowaniem spoglądałam na staruszków, sama jedząc grzankę z bagietki z masłem, a następnie z dżemem, niejako na drugie danie i popijając sokiem pomarańczowym.
A tak przy okazji - jedliście kiedyś daktyle prosto z palmy? ;)

Podsumowując. Sprawdza się stara zasada, że miejscowe specjały miejscowymi specjałami, ale parę produktów na czarną godzinę trzeba zabrać z Polski. Na wypadek gdyby pobliskie spożywczaki ogłosiły strajk, a nieznajomość lokalnych warunków nie pozwalała na jakieś większe szaleństwo. Z resztą, kto robi sklep blisko mariny. Turyści wodni żywią się przecież luksusem (albo, co bliższe naszemu przypadkowi, wodorostami ;)).

*"Asterix i Obelix. Misja Kleopatra"
** aktualnie już wymieniona, dodam z kronikarskiego obowiązku

niedziela, 19 lutego 2012

Paella marinera

Przyprawy do paelli nabyłam w Hiszpanii już dwa lata temu. Leżały sobie grzecznie oczekując na swoją kolejkę. Tak zastanawiałam się, że paella marinera, którą w Hiszpanii jadłam była przepyszna i cudowna i chętnie bym to powtórzyła, ale primo nie wiem jak, a secundo - dostrzegam pewne problemy z owocami morza. Aż tu dnia pewnego całkiem niedawno okazało się, że wszystko jest, tylko robić. 

Z robionego niegdyś łososia został mi zamrożony bulion z łba, mrożone owoce morza tata kupił również czas temu jakiś celem wykorzystania do spaghetti, ale jakoś nikomu nie chciało się robić. Ryż do risotta (który uznałam za najodpowiedniejszy) również zalegał gdzieś na półce. No to próbujemy :)
Składniki:
Ryż do risotta (u mnie ok. 500 ml suchego)
Mrożone owoce morza (u mnie jedno opakowanie, ale dwa byłyby lepsze na tą ilość ryżu)
Bulion rybny, oraz część wody z rozmrażania owoców morza
Białe wino półwytrane
Przyprawa "paella marinera con azafran" firmy ducros (składnikami przyprawy są: kurkuma, papryka, czosnek, koper włoski, skórka cytryny, szafran (0,5%), goździki i pieprz)
cebula i czosnek
Oczywiście doprawiłam jeszcze solą

+ Patelnia/rondel.garnek, który można zapiekać w piekarniku

Sposób przygotowania:
Cebulę kroimy w drobną kostkę, dodajemy ok. 3 ząbków czosnku (krojonych, wolniej się palą niż wyciskane) i podsmażamy na oliwie do zeszklenia. Dodajemy ryż chwilę smażymy, dodajemy wino (chlust), następnie niewielkimi porcjami bulion, tak by w międzyczasie wchłaniał się w ryż. Na drugiej patelni rozmrażamy owoce morza. Oddany przez nie płyn również możemy dolać do ryżu. Do owoców morza dodajemy białego i wina i tym razem wyciśnięte parę ząbków czosnku, gdy ryż jest al dente dorzucamy owoce morza. Należy pamiętać, że owoce morza ie powinny być długo obrabiane termicznie - robią się wtedy gumowate. Mieszamy całość, chwilkę razem smażymy, żeby resztka wina, które się nie zredukowało na patelni wchłonęło się w ryż, solimy i wrzucamy przyprawę do paelli (lub jej składniki), całość przykrywamy pokrywką i wrzucamy na ok. 15-20 min. do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Gotowe.

Oczywiście nie mam pojęcia, czy choć odrobinę zbliżyłam się do oryginalnego przepisu na paellę. Smakowało dość podobnie, ale sposób przygotowania całkowicie intuicyjny, nie poparty absolutnie żadnym przepisem :)