Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchnia szwedzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchnia szwedzka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 marca 2020

Ziemniaki Hasselback

To jeden z przepisów, które chodziły za mną długo. Ten akurat wybitnie długo bo jakieś 12 lat. Po raz pierwszy o tych ziemniakach usłyszałam bowiem będąc na wymianie w Szwecji. Potem zbierałam się i ociągałam, potem okazało się, że we wspólnej kuchni rzadko miewamy ziemniaki. aż w końcu zrobiłam. Okazało się że wcale nie ma z nimi aż tyle roboty ile mi się wydawało, a krojenie na łyżce, z wykałaczką czy na inne jeszcze sposoby to w moim przypadku tylko zawracanie głowy. Po prostu trzeba uważać przy krojeniu, żeby nie ukroić za dużo i już. A w tych dwóch miejscach gdzie się nie udało wzruszyć ramionami i przykleić odciętą część - skrobia ziemniaczana, która wypływa z ziemniaka poradzi sobie z tym raz dwa.



Składniki:
Kilka ziemniaków mniej więcej równej wielkości
sól pieprz, rozmaryn, czosnek, oliwa, masło
można dać inne, ulubione zioła

Sposób przygotowania:
Ziemniaki porządnie umyć szczoteczką
pokroić w paski o grubości ok. 1 cm nie docinając do końca. Między paski powkładać pokrojony w cienkie plasterki czosnek, igiełki rozmarynu, lekko posolić, popieprzyć. Posmarować blachę oliwą, rozłożyć ziemniaki, każdy jeszcze posmarować z wierzchu masłem, lekko polać wodą  blachę  lub zaparować piekarnik. Piec w temp. 180 stopni przez ok. godzinę. Ja piekłam razem z mięsem, mięso i ziemniaki były gotowe mniej więcej w tym samym czasie. W trakcie pieczenia można ponownie posmarować ziemniaki masłem.

niedziela, 6 października 2013

Kanelbullens Dag - dzień kanelka

W piątek 4 października Szwedzi obchodzili dzień bułeczki cynamonowej. Z tej okazji upiekłam swoje kanelki i wbrew zwyczajowi postanowiłam im dogodzić przy święcie i upiekłam je na dwóch blachach, żeby ładnie wyrosły i się nie skleiły (zwykle nie chce mi się cudować z dwiema blachami), ale wyszły piękne, więc pochwalę się moją fotką z telefonu ;)
To dopiero połowa, druga w tym czasie siedziała jeszcze w piekarniku.

Przygotowane jak zawsze z tego przepisu.

wtorek, 25 października 2011

Lax i dillsås po mojemu czyli łosoś w sosie koperkowym

Zawsze uważałam że łosoś w sosie koperkowym to obłęd w ciapki, ale jakoś tak nigdy nie szło mi zrobić go samej. Przede wszystkim nie wiedziałam jak przygotować ten sos, żeby był jaki ma być. Jako kulinarna blogerka mająca w planie gości, a na podłodze w kuchni wielkiego potwora (łososia znaczy się ;) w całości) postanowiłam sięgnąć do źródeł. A że po dłuższym swym pobycie w Szwecji, jak już można było się zorientować, przyswoiłam przynajmniej część słownictwa sklepowo-jedzeniowego to i sięgnięcie do szwedzkojęzycznych źródeł przepisu na jeden z ich ulubionych przysmaków, zbyt wielkich trudności nie przedstawiało. No i zawsze był w odwodzie kuzyn google translator ;)

Kwestia pierwsza: jakkolwiek by nie patrzeć, każdy, ale to absolutnie każdy przepis na lax i dillsås zawierał bulion rybny jako bazę sosu. Nooo bulion rybny nawet mam, nawet z kostki, przywieziony onegdaj przez przyjaciółkę z Finlandii. Tyle, że nieobecny w miejscu mojego aktualnego przebywania. Odpada - goście ante portas, poza tym buliony z kostek są dobre w warunkach polowych (tudzież kambuzowych jak kto woli, choć niektórzy gardzą i wtedy). Całe szczęście, że goście byli wspólni i moi i rodziców. Narada z mamą zaowocowała własnym bulionem rybnym, a geniusz manualny (i lata praktyki) taty dobrą do tegoż bulionu podstawą. Uwaga! Jeśli ktoś ma problem z tym, że ryba się na niego patrzy niech poprosi o pomoc przystojnego sąsiada, to może być początek pięknej znajomości ;) Więcej o pomocy sąsiada: tutaj.

Składniki:
łosoś tusza - u mnie ponad 2 kg
białe wino półwytrawne (Sophia blanc de blanc)
śmietana (duży kubek)
koperek
czosnek
sok z połowy cytryny
sól, pieprz, czosnek granulowany
łyżka mąki

Sposób przygotowania:
Sprawić łososia. Tusza jest już pozbawiona "flaków" ale wciąż trzeba pozbawić łuski (można nożem, można i specjalnym urządzeniem do skrobania ryb) oraz przygotować głowę (tu może przydać się sąsiad). Po kolei:  myjemy łososia, pozbawiamy go łusek, odcinamy płetwy, wydłubujemy oczy, usuwamy płatki skrzeli, dzielimy na dzwonka, całość ponownie płuczemy
Gotowe dzwonka oprószamy solą i granulowanym czosnkiem i zostawiamy bądź na noc w lodówce, bądź na parę godzin w temperaturze pokojowej.
Głowę zalewamy częściowo wodą częściowo winem (taki spory chlust) i gotujemy wywar. 
Dzwonka z łososia układamy na natłuszczonej blasze (my zrobiliśmy w naczyniu z kratką, ale to nie był dobry pomysł, łosoś się rozleciał przykleiwszy uprzednio do kratki ;)) i polewamy sokiem z cytryny i winem. Wrzucamy do piekarnika na 180 stopni.
Do naczynia dajemy śmietanę a następnie mieszamy ją z wywarem. Wywaru dajemy do smaku, u mnie była to niecała połowa (resztę wywaru wlałam do opakowania po serku wiejskim i wpakowałam do zamrażarki), całość zrobi się dość rzadka. Do płynu dodajemy czosnek (również do smaku - u mnie były to 4 nieduże ząbki), sól, pieprz, oraz część koperku. Wszystko razem gotujemy, dodając po drodze łyżkę mąki, dla zgęstnienia sosu (najlepiej mieszając po trochę niewielkie ilości płynu z mąką, tak by powstała emulsja a potem jednolity płyn). Na koniec gotowania sosu dodajemy resztę koperku, zachowa on wtedy kolor i smak.

Gotowego łososia wyciągamy na stół i na talerzach polewamy sosem.

Podaliśmy z pieczonymi ziemniakami oraz sałatka z kapusty pekińskiej.

I jeszcze mała uwaga, czemu po mojemu: w żadnym ze szwedzkich przepisów na lax i dillsås nie znalazłam wina. I w sumie trudno się dziwić. Znając ceny alkoholu w Szwecji, wartość człowieka po zjedzeniu takiego dania znacznie by wzrosła ;)

sobota, 15 października 2011

Wspomnienia z rejsu czyli czego to ludzie nie wymyślą

Powracam w (mam nadzieję) wielkim stylu do blogowania po pewnej przerwie. Cóż najpierw inne niecierpiące zwłoki oraz przeszkadzania zajęcia, foch na komputer a potem tygodniowy wyjazd, a właściwie wypływ na wakacje, które po ciężkich ostatnich miesiącach zdecydowane mi się należały. Od tego więc zacznę mój tryumfalny (fanfary) powrót. W historii tej nie zabraknie oczywiście akcentów kulinarnych, inaczej bowiem opowieść ta nigdy by się tu nie znalazła.

Otóż opowieść ta powinna zacząć się dwa lata temu, podczas pierwszego zlotu jachtów z duszą "żelazo 2009", ale domyślam się, że pełna historia, która doprowadziła do naszego tegorocznego rejsu mało kogo zainteresuje. Dość stwierdzić, że połowa jachtów przybyłych na ów zlot było z drewna. I tak rozpoczęła się nowa świecka tradycja zlotów pod dźwięczną nazwą "Próchno i rdza", w tym roku zlot odbywał się od szóstego do dziewiątego października w Gdańsku, Helu oraz w Jastarni. Ze względu na to, że nasz klubowy jacht s/y Jagiellonia po gruntownym remoncie odbywa właśnie wspaniały rejs dookoła Europy musieliśmy skorzystać z czarteru innego jachtu, również drewnianego opala, w której to konstrukcji wszyscy jesteśmy zakochani. Rejs rozpoczęliśmy w tygodniu poprzedzającym zlot przyłączając się do trzech innych znajomych załóg planujących rejs do Szwecji. Naszym celem była Olandia, a w powrotnej drodze "zawadziliśmy" też o kontynent, o czym bliżej za chwilę.
antena na wodzie, w tle wybrzeże Olandii



Ziemia na horyzoncie! Pierwszy, który zobaczy ziemię otrzymuje nagrodę od kapitana (niestety nie ja, więc natura nagrody pozostała tajemnicą). Hasło tym bardziej wyczekiwane, że widoczność była dość słaba. W normalnych warunkach w tym miejscu widzi się ląd z obu stron - z jednej wybrzeże Szwecji, z drugiej Olandię. Wujek gógiel podpowiada, że szerokość cieśniny Kalmarskiej to od 6-24 km, więc w sumie nic dziwnego, że w normalnych warunkach ląd mamy z każdej strony. W rezultacie można poczuć się jak na naprawdę sporym jeziorze ;)

Nocą dopłynęliśmy do miejscowości Mörbylånga nazywanej przez naszych kapitanów, z uwagi na jej straszliwie szwedzką nazwę Nibylandią. W porcie pustki, można powiedzieć, że pies z kulawą nogą się nami nie zainteresował. Przyznać trzeba, że ubodło to trochę naszą dumę, bo cztery, jak na aktualne turystyczne warunki, duże jachty, z czego w dodatku dwa drewniane zawsze, ale to zawsze wzbudzają zainteresowanie w portach i wianuszek gapiów robiących sobie zdjęcia. Ba, sama lata temu będąc na wakacjach nad morzem, nie mając jeszcze żadnych związków z Krakowskim Yacht Clubem robiłam sobie zdjęcia obok naszej klubowej Jagiellonii. 
port Mörbylånga, cztery polskie jachty i nic poza tym
Więcej, nie było nawet komu zapłacić za postój w porcie, choć przeczytaliśmy z pomocą słownika informację umieszczoną na tablicy ogłoszeń - brak numeru telefonu do bosmana. Całe szczęście, że Szwedzi mają miłosierny stosunek do potrzeb ludzi i na terenie portu znajdowała się otwarta dla wszystkich toaleta z prysznicem. Nic to, że wykąpanie się zajęło 40 osobom cały dzień, w Polsce wraz z posezonowym urlopem bosmana, z pewnością znikłyby i klucze do łazienek...

W Mörbylåndze (czy innej Nibylandii) byliśmy akurat  w szwedzkie komercyjne święto -dzień bułeczek cynamonowych. Obchodzone jest 4 października i w zasadzie, poza zwiększoną dostawą tego produktu do sklepów, niczym nie różni się od zwykłego dnia, z pewnością nie zawiera takiego szaleństwa jak nasz tłusty czwartek. Tym razem kupiliśmy dla załogi po jednej bułeczce w markecie, ale równie dobrze można zrobić je samodzielnie (jednak mimo wszystko na naszym jachcie nie było piekarnika), na przykład zgodnie z tym przepisem. Niedowiarków odsyłam na stronę dnia cynamonowych bułeczek. Tam też odkryłam  świetny sposób (i jakże bliski mej duszy) na promowanie regionu.

Kartki pocztowe z przepisem na regionalne danie. Na moje oko niczym się to nie różni od naszych ziemniaczanych pyz z mięsnym nadzieniem. Przepis zawiera strasznie dziwne jednostki hg - które jak uczy google są hektogramami - 1hg = 100g.

Sposób przygotowania: (na ok. 30 szt.)
5 kg startych ziemniaków wyciśniętych na stałą masę (zapewne chodzi o odciśnięte z nadmiaru wody ;)) pomieszać z 300 g (3hg) przeciśniętych przez praskę/utłuczonych ugotowanych ziemniaków, jedną łyżką soli i ok. 100g mąki pszennej. 
Nadzienie: 600 g (6hg) mięsa wieprzowego podzielonego w małe kostki, 1 posiekana cebula, 2 łyżeczki zgniecionego ziela angielskiego, 1/2 łyżeczki zmielonego białego pieprzu. Gotować 1 godzinę w lekko osolonej wodzie.

Nie wiem tylko czemu przepis kończy się Lycka till! Co znaczy "powodzenia", a nie "smacznego" - czyżby autorzy mieli kiepskie zdanie o tym daniu?

Pełni wrażeń (nie, nie jedliśmy Ölandskropkakor) ruszyliśmy na południe, chcąc jeszcze w drodze do Polski zajrzeć do jednego, bardzo chwalonego w locji Jerzego Kulińskiego portu i jego przemiłego bosmana.

Miejscowość Kristianopel to wioseczka letniskowa przypominająca skansen. Poza sezonem (czyli podczas naszego pobytu) liczy ponoć tylko kilkudziesięciu mieszkańców - to znaczy pewnie mniej więcej tyle, ilu członków naszych czterech załóg ;) Za to w sezonie kilkukrotnie zwiększa swój stan liczebny dzięki turystom przybywającym na duży kemping, stacjonującym w porcie (kapitan Kuliński twierdzi, że goście to żeglarze nie tylko spod bałtyckich bander - co biorąc pod uwagę przemiłe usposobienie bosmana wcale nie dziwi, w końcu żeglarze to w pewnym sensie ograniczone środowisko). Pytanie teraz, czemu akurat to miejsce przyciąga turystów? To nie tylko usposobienie Svena-Erika Nilssona, który owszem jest chodzącą legendą miasteczka (w naszym szczęściu też miał udział - zawiózł naszych przedstawicieli na zakupy aż do Karlskrony za przysłowiowe dziękuję), ale też historyczny charakter miejsca. Na zdjęciu widać fragment kościoła, ale to nie wszystko, całe miasteczko (łącznie z kempingiem) opasane jest murem obronnym - dwudziestowieczna rekonstrukcja na podstawie oryginalnych fundamentów - dawnej twierdzy. Twierdza należała do Duńczyków, władających wiele wieków dzisiejszą południową Szwecją i stanowi dziś sporą atrakcję turystyczną. W miejscowości jest jeden sklep, dobrze zaopatrzony, z panią mówiącą świetnie po angielsku. Zaopatrzenie doznaje jednak jednego zasadniczego i politycznego braku i ten właśnie brak między innymi pozwolił nam uzupełnić bosman, wioząc nas do Karlskrony - alkohol. W tej miejscowości można było nabyć go do wartości 3,5% alkoholu, zaś wyższą potencję tylko w sklepie monopolowym Systembolaget, których to sklepów w gminie Karlskrona można naliczyć aż dwa (oba w mieście) i 8 punktów gdzie alkohol można zamówić i odebrać. 

Ale zostawiając politykę antyalkoholową naszych północnych sąsiadów, w sklepiku w Kristianopel udało mi się wypatrzyć naprawdę dziwny produkt - obrane ziemniaki w słoiku :) Zdjęcie oczywiście zrobione komórką. Oczom nie wierzyłam. Sprawdziłam skład tegoż produktu, bo może to jakieś specjalne ziemniaki, ja wiem, w jakiejś marynacie, albo coś, a producent po prostu nie napisał, bo to jakieś super popularne danie (w to od razu wątpiłam, będąc swego czasu na dłużej w Szwecji, nie spotkałam się z czymś takim nigdy). No więc lista składników mówi: ziemniaki, woda, sól, środek konserwujący. Szkoda, że nie zapamiętałam ceny - warto byłoby wiedzieć na ile wyceniają 5 minut czasu i środek konserwujący ;) aaa no i słoik.

W Kristianopel pozostaliśmy dwa dni - choć było przyjemnie to nie z własnej woli, czekał na nas w końcu zlot jachtów. Niestety prognozy zapowiadały sztorm, w porywach nawet 10B, więc nasi kapitanowie zdecydowali, że bezpiecznej będzie poleniuchować jeszcze jeden dzień w Szwecji. Na posztormowej fali i lekko tylko słabszym wietrze w 26h dopłynęliśmy do Gdańska. Niestety połowa zlotu nas ominęła - byliśmy dopiero nocą z piątku na sobotę. Ale najbardziej prestiżowy moment imprezy - paradę jachtów przez Motławę mamy zaliczony :)

A teraz kilka ogłoszeń duszpasterskich:
1. Kolegę, który zgubił kurtkę informuję, że prawdopodobnie leży w bosmanacie Mariny Gdańskiej na Motławie - zgodnie zresztą z ustaleniami telefonicznymi między kapitanami :)
2. Jest możliwość wybrania się na rejs naszym klubowym jachtem s/y Jagiellonia, w tej chwili miejsca są na rejs z Nicei do Walencji 26.11. - 10.12., cena kojowego naprawdę niska, a jacht świeżo po generalnym remoncie kadłuba. Naprawdę warto popłynąć drewnianym jachtem i poczuć dumę z ochów i achów przechodniów w każdym chyba porcie świata :) W celu zapisania się na rejs należy kontaktować się z Krakowskim Yacht Clubem. Nie trzeba mieć doświadczenia żeglarskiego, ani żadnych stopni, warto natomiast zainwestować w ciepłe gacie ;)

czwartek, 4 sierpnia 2011

Kanelbullen "kanelki"

Jeden z moich ukochanych zimowych przepisów. Chciałam wrzucić go w zimie, jak należy, ale zauważyłam, że dział "kuchnia szwedzka" cierpi na wielkie braki w przepisach i mi się go żal zrobiło, a zdjęć "kanelków" mam całkiem sporo w moim domowym archiwum, stąd zostanie wrzucony teraz. Hmm jednak myliłam się co do tych zdjęć - było jedno i to nie z kanelkami w roli głównej... A swoją drogą, strasznie chodzi za mną ciasto drożdżowe. Planuję jednak zrobić je ze śliwkami na najbliższe spotkanie z przyjaciółmi - zwłaszcza po opisywanym już tutaj sukcesie szarlotki z rabarbarem, która niestety nie doczekała swojego zdjęcia (tym razem będę mądrzejsza - obfocę w piekarniku :D).

Kanelki to najbardziej znane i popularne szwedzkie ciasto, pełni funkcję taką jak u nas drożdżówki czy pączki w piekarniach, a może nawet donioślejszą - można je kupić wszędzie, pojedynczo i w większych paczkach. Jednak, gdy w czasie pobytu w Szwecji zrobiła je koleżanka, to Szwedzi swym autorytetem uznali, że nasze lepsze niż te z piekarni i ledwo udało nam się uratować kilka, żeby donieść do pokoju z piekarnika we wspólnej akademikowej kuchni (tak, to był ten minus mieszkania na przeciwległym końcu korytarza względem kuchni ;)).

A więc do dzieła.
Ciasto drożdżowe robimy według tego przepisu
 Można według innych, swoich ulubionych na ciasto drożdżowe, ja jednak jestem fanką tego konkretnego przepisu.

Dodatkowo będzie nam potrzebne:
cukier, cynamon, papier do pieczenia, płaskie blachy
Pomijamy dorzucanie rodzynek do ciasta, za to w żadnym wypadku nie wylewamy białek, które nam zostały.

Sposób przygotowania:
Podstawowe ciasto, przygotowane według wskazanego przepisu dzielimy na dwie części, każdą z nich wałkujemy do uzyskania czegoś na kształt prostokąta (zawsze to będzie owal ;)), rozwałkowane ciasto smarujemy białkiem pozostałym po produkcji drożdżowego, a następnie całość posypujemy w miarę równomiernie cukrem i cynamonem. Trzeba uważać by nie przesadzić z grubością warstwy cynamonowej - cynamon, gdy jest go za dużo i się spiecze, robi się gorzki, a tego byśmy nie chcieli.

Tak przygotowane ciasto zwijamy w rulonik i kroimy na kawałki, podobnie jak kroi się kopytka, kawałki odwracamy, tak by były roladką do góry i układamy na blasze na papierze do pieczenia lub posmarowanej masłem, w pewnych odstępach od siebie. Na blasze odstać je trzeba jeszcze 20 minut. Na proporcję z przepisu wychodzi na dwie blachy takich ładnych bułeczek (rosną jeszcze całkiem sporo na blasze), lub jeśli nie zależy nam tak bardzo na wyglądzie to można próbować upchnąć na jednej blaszce. Następnie wsadzić do piekarnika w temperaturze 180 stopni. Ja piekę na opcji góra + dół, ewentualnie w trakcie modyfikując tryb, jeśli z którejś strony przypieka się za mocno. Trwa to ok. 20 minut, ale trzeba sprawdzać i wyjmować zaraz jak będą dobre (suchy patyczek), przepieczone robią się suche i to już nie to.

W wersji pieczonej z roladką z boku i troszkę spłaszczonej od góry, wypiek ten nazywa się "ucha" i jest bardzo popularny w Finlandii :)

Mniej ortodoksyjnie można kanelki przygotować z kakao do wypieków zamiast cynamonu lub z dżemem. W szwedzkich piekarniach spotyka się najczęściej kanelki napełnione czymś w rodzaju dżemu cynamonowego z dużymi, dekoracyjnymi kulkami cukru pudru na wierzchu.

Dieta wątrobowa: kanelki można przygotować zmniejszając ilość cukru w cieście do minimum (u mnie jakieś 3 łyżki - jedna do ruszenia drożdży potem ze dwie do utarcia żółtek plus cukier do nadzienia), ale nie należy ich jeść bezpośrednio po  upieczeniu, a potem ostrożnie.

sobota, 16 kwietnia 2011

Miłe złego początki ;)

Ta dam! Posta numer jeden czas opublikować. Wprawdzie dalej mój aparat nie działa, a w archiwum zdjęć nie ma zbyt wielu potraw, które aktualnie robię, ale natchnienie mnie pcha, więc cóż począć.
Za inspirację to tego "aby w końcu założyć bloga" i "podzielić się pysznościami" dziękuję moim znajomym bliższym i dalszym, którzy mi słodzili mówiąc, że minęłam się z powołaniem oraz, że ich biedna rodzina umrze z głodu, jeśli nie udostępnię swoich przepisów wraz z techniką wykonania (o technice zapomnij Dominiko, zbyt leniwa na to jestem). Dziękuję również remontowi w ogólności, ekipie, rodzinie i wszystkim (w tym sobie) którzy ewentualnie mogli się przyczynić do zagubienia mojej książki kucharskiej z wydrukowanymi przepisami wraz ze stosem dodatkowych kartek w środku. Dzięki Wam (nam?) teraz wrzucam przepisy na serwer, który jest daleko i nawet jak się wywali to nie będzie do kogo mieć pretensji - vis maior i już.

A obiad na dziś: 
Köttbullar

Popularne szwedzkie klopsiki. Wersji tego dania jest tyle ile gospodyń w Szwecji, ja korzystam z przepisu ze strony recepten.se
Składniki:

500g mielonego mięsa (wieprzowo-wołowe)
100 ml bułki tartej
150 ml mleka
1,5 łyżeczki soli
1,5 krm pieprzu (słownik poucza iż krm to 1 mililitr* - nie wiem czy ktoś  odmierza pieprz taką miarą, na własny użytek przyjęłam "na oko" szczyptę)
ewentualnie 1,5 krm pieprzu ziołowego
1 jajko
2 łyżki prażonej cebuli (czerwonej lub białej) lub 1 łyżka pokrojonej drobno świeżej cebuli - ja używam świeżej białej.
do smażenia:
masło lub margaryna- zawsze używam masła.

Przygotowanie:
Zmieszać bułkę tartą i mleko w misce, zostawić na min. 10 min żeby nawilgło
Dodać sól i mięso i porządnie wymieszać
Dodać pieprz, jajko, cebulę i mieszać, aż zrobi się jedna masa, ale nie za długo.
Przygotować deskę do krojenia (lub tackę), zmoczyć wodą (ma być wilgotna), zmoczyć dłonie i mokrymi rękami formować kulki o średnicy 2-3 cm (tak mniej więcej, istotne żeby wszystkie były w miarę jednakowej wielkości)), po stworzeniu kuleczki kłaść na przygotowanej wilgotnej desce.
Smażyć na patelni, w odległości od siebie umożliwiającej obracanie, aż zrobią sie brązowe (trzeba z nimi uważać, długo wyglądają na surowe, a potem zaraz jak przypalone).

Do köttbullar tradycyjnie stosuje się sos, który mnie jednak nie smakuje w żadnej z dotąd próbowanych wersji, borówkę do mięs (ja używam zamiennie z żurawiną), dziś obie, oraz brokułami - zastąpioną sałatką z nowalijek. Często stosuję köttbullar jako nadzienie do pity, zwinięte w tortillę, a Subway jako wkład do kanapki.

Przepraszam za jakość zdjęć, pierwsze robione komórką, drugie wygrzebane gdzieś z dna komputera.
Jeśli komuś forma tego przepisu z czymś się kojarzy to słusznie, podobnie napisany zamieściłam w 2008 r. na pewnym niekulinarnym forum.