Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Domowy majonez

Jak wspomniałam dwa posty temu przyczyną zrobienia majonezu był "niechcemiś" w zakresie pójścia do sklepu, żeby kupić majonez do sushi. Poza tym od kiedy przeczytałam o domowym majonezie w książce "Lunch w Paryżu" to chciałam zrobić opisaną tam potrawę (poprzedni post) z tym właśnie domowym majonezem. Poza tym majonez robiła moja babcia, robi wujek, robi kuzyn. Jak już się zrobi, to trudno uwierzyć jakie to proste. 

Podobno istotne jest by wszystko począwszy od jajek przez olej do miski miało pokojową temperaturę, bo majonez może się zwarzyć. Ha! Nie w dobie mikserów (czyli w przypadku mojego miksera od 1989 roku :D) Poza tym skąd składniki majonezu wiedzą, która to pokojowa? Uznałam, że wszystkie składniki w tej samej temp. dadzą radę. Stąd dałam niefiltrowany olej rzepakowy, który był w lodówce. Co było średnim pomysłem, bo olej miał zbyt intensywny smak i trzeba było trochę maskować go przyprawami. Ale jak ktoś lubi posmak rzepaku, to ok. Ja jednak następnym razem użyję oleju słonecznikowego lub z pestek winogron, są bardziej delikatne.

Składniki:
1 jajko
szklanka oleju (lałam z butelki do uzyskania konsystencji)
2-3 łyżki octu winnego lub soku z cytryny (nie miałam soku)
łyżeczka musztardy (dałam 2 z uwagi na rzepak)
przyprawy
+mikser

Sposób przygotowania:
Jajko wrzucić do garnka, dobrze użyć wyższego, bo pryska, zacząć miksować, powoli dolewać oleju, aż osiągnie odpowiednią konsystencję, dodać resztę składników (można też dodać je na początku, ja dałam ocet na początku, a resztę potem) zmiksować z przyprawami, gotowe. Przechowywać w lodówce max 1-2 tygodni.

piątek, 2 października 2015

Portulaka warzywna w całej okazałości

Pod poprzednim postem zwróciła się do mnie czytelniczka, że sałatka sałatką, ale czort wie jak toto (portulaka warzywna) wygląda na żywo. To znaczy zanim zostanie poddana obróbce cieplnej i wymieszana z dodatkami (oraz sfotografowana ze zbyt odległej perspektywy by było cokolwiek widać). Na jej wniosek przełożyłam roślinę w bardziej eleganckie okoliczności przyrody (gdyż albowiem jako że jest to roślina, która się płoży i wsadzona do doniczki za żadne skarby nie chce stać prosto (musiałaby być chyba wsadzona w betonową donicę pod blokiem, ale wtedy nie chcę sałatki ;)), to na co dzień stoi oparta o wiadro. Do zdjęcia udało się doniczkę zahaczyć o parapet, a że na parapecie też stoi parę roślin, to cała misterna konstrukcja wytrzymała.



Portulaka warzywna jest rośliną rozpowszechnioną w kuchni śródziemnomorskiej. Jest łatwa w uprawie. Pani z jeDyni wręcz złapała się za głowę opowiadając nam o tym, że obrodziła ponad oczekiwania, to znaczy wybujała okropnie. W zasadzie jak ją kupiliśmy, to zajęła nam pół bagażnika w aucie. Z internetów wiem, że jest bogatym źródłem kwasów omega 3, witamin A i C, antyoksydantów, a także wapnia, magnezu, sodu, potasu i żelaza. Była stosowana już w starożytności. Podobno również aktualnie rozprzestrzeniła się na cały świat i jest popularnym chwastem (choć w rodzinie portulakowatych jest więcej gatunków, więc pytanie czy ten chwast to ta właściwa). Ja tam nigdy takiej rośliny nie widziałam, tym bardziej jako chwastu, ma bardzo charakterystyczne mięsiste listki i ładnie wyglądające łodygi, także spokojnie mogłaby również służyć za roślinę ozdobną. U nas na pewno by służyła - gdyby nie to wiadro ;)

sobota, 23 lutego 2013

Jak uratować spalone mięso

Tak, dziś gotowanie pod tym znakiem. Cóż, zdarza się w najlepszej rodzinie. Czasem każdy musi coś przypalić. Spoko, garnek już umyłam, straż nie przyjechała, a mięso? Chociaż nie jest tak dobre jak być mogło, gdybym nie zajmowała się innymi rzeczami zamiast skupić na gotowaniu, to nawet nie smakuje spalenizną. Podzielę się więc spostrzeżeniami ;)

1) Najważniejsza jest profilaktyka
- nie należy włączać komputera na czas gotowania, nawet jeśli dusi się wołowina i będzie to robić jeszcze przez 2 godziny (ewentualne ustępstwa można poczynić na okoliczność komputera przebywającego w tym samym pomieszczeniu co garnek)
- jeśli to coś do zrobienia jest bardzo ważne i potem nie zdążę bo wychodzę wieczorem, to nie nastawiam gulaszu
- jeśli mięso było wcześniej panierowane w mące i obsmażone, a potem dodane do gulaszu to jest to potencjalny cichy zabójca dania. Sos oczywiście robi się gęsty itepe, ale bulgota sobie cichutko i nawet nie słychać jak nagle zaczyna się robić gorąco (i czarno na dnie gara)
- mieszać! Nie trzeba nad tym ciągle stać, ale zamieszać od czasu do czasu trzeba (i nie co pół godziny, jak skończę co mam do zrobienia)

2) Jak się uratować, gdy zło świata tego zaskoczyło już kucharza
- natychmiast wyłączyć gaz
- odetchnąć głęboko, napić się wody (albo wina, jeśli akurat nim podlewacie duszenie)
- przystąpić do akcji ratunkowej
- przygotować drugi garnek
- przerzucić do niego zawartość spalonego gara, pozostawiając najbardziej spaloną warstwę (ale też bez przesady, jakbym miała zostawić wszystko spalone to z obiadu na 3 dni zrobiłby mi się jeden podwieczorek)
- dolać wody/wina (jedno i drugie) i dusić dalej. Dobrą sytuacją jest gdy nieszczęście dotknie nasz gar przed doprawieniem mięsa, można wtedy kombinować z ziołami, tak by nie czuć było lekkiej nuty spalenizny. Do swojego mięsa dodałam liść laurowy i sporą ilość tymianku, a także doprawiłam solą i pieprzem. Spalenizny nie czuć w ogóle, ale nie jest tak dobre jak mogło być, więc nie róbcie tego w domu. Pamiętajcie: przede wszystkim profilaktyka! ;)

wtorek, 20 listopada 2012

Liebster blog

Dziś przy okazji szukania pomysłu na polędwiczki wieprzowe, odpaliłam komputer, a następnie zalogowałam się na swojego blogowego maila, by dać wyraz swojemu zachwytowi nad wyszukanym u Olki z Napadów Szalonego Kucharza przepisem z jabłkami, a tu w skrzynce odbiorczej ze zdumieniem dostrzegłam moją pierwszą blogową nominację - do "Liebster bloga" za przepis na tort szpinakowy. Oczywiście cała chwała należy się autorowi przepisu - Panu Pawłowi Lorochowi i jego świetnej książeczce "Dania na piątki", którą z przyjemnością stosuję nie tylko w piątki. To z tej książeczki mam doskonałe przepisy na nieco bardziej wymyślne dania bez konieczności powiększania garowego stanu posiadania - np. fondue bez garnka do fondue. Gorąco polecam tę pozycję (czysto bezinteresownie, ani autor ani wydawnictwo nie płaci mi za reklamę ;)).

Ogólnie rzecz biorąc nie znoszę łańcuszków, zaproszeń do gier i innych akcji (da się wyłączyć powiadomienia o akcjach na Durszlaku?, tak by the way), ale, że to moja pierwsza nominacja i pytania zadane przez nominującą mnie Moniq Z Chaty Na Końcu Wsi są sympatyczne, to pozwolę sobie na nie odpowiedzieć. Natomiast nie będę nominować innych blogów, jeśli jakiś przepis lub notka zachwyci mnie lub poruszy, na pewno dam temu wyraz w komentarzu.

A oto i pytania:
1. Pomidory czy ogórki ? - w lecie pomidory, w zimie ogórki (choć ogórki w lecie też są pyszne!)
2. Kuchnia francuska czy włoska ?
- włoską jadam częściej, ale jak chcecie przyrządzić mi coś francuskiego, to też chętnie zjem :)
3. Jabłko czy gruszka ?
- oba, chyba że chodzi o jabłka prosto z sadu od pewnej kochanej osóbki i jej równie kochanej rodzinki
4. Na słodko czy na słono ?
- na pikantnie ;)
5. Smak dzieciństwa ?
- wielkanocny chleb drożdżowy mamy (którego już od wieków nie robi), serek ciągniony babci, rogaliki z różą
6. Ulubiony deser ? - kanelki prosto z pieca
, brownie/gorzki tort czekoladowy
7. Czekolada gorzka czy mleczna ?
- niegdyś mleczna, teraz gorzka
8. Kiszone czy konserwowe ? - w zależności od nastroju

9. Truskawki czy maliny ? - mamy późne maliny, nie mam
więc tego dylematu
10. Budyń czy kisiel ?
- w zimie w domu budyń, na rejsie kisiel
11. Ciasto kruche czy drożdżowe ? - generalnie drożdżowe, chyba że to szarlotka babci lub paluchy wiedźmy, dwa boskie przepisy na ciasto kruche :)

A jako, że wróciłam z wakacji to wkrótce coś się pojawi.
to akurat zdjęcie z kwietnia, nowych nie zdążyłam jeszcze zgrać

piątek, 14 września 2012

Ciągle gotuję!

Chciałabym tylko powiedzieć, że miesięczna nieobecność nie oznacza, że umarłam z głodu, względnie, że postanowiłam przerzucić się na jedzenie w Maku (skoro otwarli kolejnego zaraz koło mojego domu - 5 minut ode mnie i jakieś 2 min. od poprzedniego Maka oraz KFC- czas w "butach"). Cały czas gotuję, pstrykam, jem. Tylko na wrzucanie nie mam czasu. Niedługo całkiem zapomnę czym było to jedzenie, które pyszni się na zdjęciu. Czy to falafel (klasyczny, z bobu czy z soczewicy, a może - o zgrozo! z fasoli), a może mały kotlecik (mięsne - köttbullar, czy rybne z tuńczyka). W każdym razie karta w aparacie się zapełnia, lodówka sukcesywnie pustoszeje. Dziś kończę zajadać falafle - po raz pierwszy klasyczne. Udało mi się w końcu zrobić je z cieciorki! I zabieram się za robienie gulaszu, jako że dni chłodne i comfort food to jest to czego mi trzeba.

A żeby nie być gołosłowną, pokażę co się dzieje, gdy człowiek ma zbyt duże obciążenie umysłowe. Przedstawiam Państwu efekt arbuzowej głupawki.

środa, 11 stycznia 2012

Tort urodzinowy z masą z nutelli

Wczorajsze spotkanie w Krakowskim Yacht Clubie upłynęło pod znakiem urodzin jednego z naszych zasłużonych kycantów. Na tę okazję przygotowałam dla jubilata dwa torty: pierwszy na słodko z ozdobami z masy cukrowej czy też jak kto woli lukrem plastycznym i drugi - tort szpinakowy, ponieważ jubilat nie przepada za słodkim. I tak zjadł dwa kawałki słodkiego tortu, co natychmiast wywindowało mojego kucharsko-piekarskiego ducha na jakieś niebiańskie poziomy. No w sumie nie tylko to - wszyscy wielbili i wysławiali moje kucharskie umiejętności, a ktoś nawet zapytał czy tort został zamówiony w cukierni (ehh no przecież był pyszny i niesłodki, to w cukierni się raczej nie zdarza). 

No ale wracając do tortu. Przygotowałam go na bazie biszkoptu rzucanego nasączonego bardzo mocną herbatą z dodatkiem wódki (ilość wódki zależna od tego czy chcemy by nasączkę czuć było mocno w cieście - ja akurat za tym nie przepadam), z kremem z nutelli:

Składniki:
2 opakowania serka mascarpone 250g (ja używam Piątnicy bo smakowej różnicy nie widzę, za to cenową jak najbardziej)
duża nutella (wchodzi ok. połowy, tylko tą najbardziej się opłaca kupić i wykorzystać 2 razy, to się nie psuje)

Sposób przygotowania:
Zmiksować składniki.

Na wierzch dałam polewę czekoladową i udekorowałam spersonalizowanymi ozdobami z lukru plastycznego (bardzo spersonalizowanymi - na łódce jubilat, kursanci, których właśnie szkoli znajdują się od pokładem ;)).
kpt. Szpicbródka w kokpicie KYCowej sasanki z mazurskiej floty

Łódka musiała niestety zostać przycumowana do tortu przy użyciu dalb z wykałaczek, ponieważ zaczęła odpływać po polewie :D

Lukier przygotowałam według przepisu z bloga kotlet.tv, ale muszę poszukać innego przepisu, bo z tego nie zawsze mi wychodzi. z resztą tym razem też nie był dokładnie taki jak chciałam, bo miałam nadzieję, że uda się zrobić z niego jeszcze nawinięty na bom żagiel, ale podpięcie tego razem byłoby niezłą mordęgą, więc zrezygnowałam. Co jak słusznie zauważył jubilat (uwaga hermetyczny żart branżowy), zupełnie zrozumiałe, skoro chciałam na slupa założyć żagle z lugru plastycznego to nic dziwnego że nie wyszło - to po prostu niekompatybilność ożaglowania.

A sam lukier (czy też lugier ;)) plastyczny:
50ml gorącej wody (nie więcej, nalało mi się za dużo, i część lukru po prostu odpłynęła)
3 łyżeczki żelatyny
3 łyżeczki glukozy (spożywczą nabywa się z sklepie na dziale galaretek, ale medyczna też daje radę, akurat taką mam w domu i z niej robię)
cukier puder w ilościach hurtowych (tym razem weszło ze 3/4 opakowania 500g)

Sposób przygotowania:
Do wody wsypujemy 3 łyżeczki żelatyny, mieszamy i wsypujemy glukozę i dalej mieszamy (z zimną wodą też mi wyszło, minus: żelatyna gorzej się rozpuszcza, plus - mniej parzy w palce). Na stolicę lub blat wysypujemy troszkę cukru pudru i wlewamy masę żelatynowo-glukozową, stopniowo dodajemy cukier puder (nie wolno od razu całego, wyjdzie paskudny glut). Ja tym razem dodawałam masy po łyżeczce i etapami sobie miesiłam lukier, ale było to raczej pokłosie za dużej ilości wody i konieczności odkładania kawałków które się rozpłynęły. Efektem jest plastyczna masa, jeśli zbyt się kruszy można dodać masła lub oleju (to zrobiłam, a jeśli chcemy cały tort pokryć masą to na powierzchni wysmarowanej olejem najlepiej daje radę).

Od razu ostrzegam, śmietana rozpuszcza lukier, więc opcje są dwie, albo masę lukrową robimy tuż przed imprezą i szybko nakładamy na tort, albo trzeba zrezygnować ze śmietany. Moja polewa śmietany ma parę łyżek i tak: pisaczki cukrowe rozpuszcza w parę godzin, za to takie ozdoby jak na tym torcie tylko zmiękły, choć siedziały na polewie całą dobę (akurat to jest pozytywny aspekt, bo spokojnie dały się pokroić wraz z tortem, no poza łódką (typ: sasanka 660), którą jubilat zabrał o domu).

Na wierzchu tortu znalazła się również gitara kapitana, niestety nieco jaśniejsza od oryginału, albowiem barwniki spożywcze w płynie są do niczego (a przynajmniej w przypadku lukru), bo wybarwiają słabo i nierówno, a w dodatku zbyt nawadniają lukier. Idealnie wyszła tylko kolorystyka twarzy, tyle że robiona była z kropli żółtego i kropli czerwonego, więc teoretycznie powinna wyjść pomarańczowa.
Oraz szabla kapitana, jako że ostatnio zainteresował się szermierką i nawet został mistrzem walki gąbkową szablą, co niniejszym zostało uczczone :) jak również walką na gąbkowe szable z dwoma przeciwnikami, która również odbyła się w czasie tej imprezy. Oczywiście kapitan jako człek uczony w walce pokonał wszystkich przeciwników.

Niestety na koniec imprezy został dokonany okrutny akt kanibalizmu. Miłościwie nam panujący wicekomador pożarł kapitana Szpicbródkę w całości i jeszcze narzekał, że jest za słodki (to pewnie ten tort i życzenia tak przesłodziły kapitana).

Niniejszym jeszcze raz składam jubilatowi serdeczne życzenia wszystkiego najlepszego, wielu udanych rejsów (oraz kursantów też udanych), nowej struny do gitary oraz wielu wygranych "walek" tak gąbkową szablą jak i inną bronią białą.

Niniejszy wpis dodaję do akcji Torty i torciki
oraz do akcji Zimowe urodziny:

niedziela, 1 stycznia 2012

Dużo szczęścia w Nowym Roku!

Na ten Nowy Rok - wszystkiego o najlepsze. Zdrowia, radości, szczęścia, miłości, wielu pysznych potraw i pięknych rejsów oraz samych sukcesów. A w prezencie: pierniczki :)


P.S. Pierniczki jak zawsze miały być dekorowane. Pierwotnie witrażykami, zgodnie z przepisem, ale raz, że nie mam odpowiednich landrynek, a do sklepu się nie wybrałam, a dwa, dekorowanych nie wolno mi jeść, no i po prostu lubię zwykłe nielukrowane pierniczki. Za to pięknie wyszło kilka muminkowych z pamiątkowych foremek przywiezionych z Finlandii czym niniejszym się chwalę, albowiem zwykle wychodzą średnio, te wzorki ciężko się odbijają.

niedziela, 13 listopada 2011

Pestki z dyni na ostro

To już ostatni z postów dyniowych. Dynia zjedzona, potworny łeb zwany profesjonalnie jack-o-lantern w końcu trafił gnić na kompost, więc czas już na zakończenie zabaw z dynią.
Szukałam na blogach jakiejś inspiracji, czy może nawet przepisu, jak toto się przyrządza, a że prażyć na patelni mi się nie chciało, to uznałam że przepis z tego bloga będzie nadawał się świetnie (no cud techniki normalnie, nad piekarnikiem nie trzeba stać ;)).

Oczywiście z proporcjami poczęłam sobie bardzo luźno, sypałam na oko. Poza tym w przepisie mowa była o pestkach słodko-pikantnych, a ja miałam ochotę na czysto pikantne, więc cukier został potraktowany z dużą dozą brutalności.

Składniki:
pestki - ile jest
1 białko
1/4 szklanki brązowego cukru (sypałam na oko, ale nie więcej niż dwie łyżeczki)
1/2 łyżeczki pieprzu cayenne (też na oko, i t raczej weszło więcej, choć nie sądzę, by była to więcej niż łyżeczka)
1/2 łyżeczki soli (tu byłam grzeczna)

Sposób przygotowania:
Wymieszać składniki marynaty, wrzucić do niej pestki, wyłożyć na wytłuszczoną blachę (u mnie posmarowana oliwą) i piec w 190 stopniach przez 12 minut lub do momentu gdy zaczną się rumienić. Ze względu na bardzo nierówne pieczenie mojego piekarnika trzymałam dłużej, ale to nie był dobry pomysł, więc raczej trzymałabym się tych 12 minut.

Pseudohummus z dynią

Zużywania dyni ciąg dalszy. Hummus to pasta z ciecierzycy popularna szczególnie w basenie Morza Śródziemnego, a jeszcze szczegółowiej w jej południowej części. Pseudohummus oczywiście dlatego, że ciecierzycy w domu nie posiadam, za to soczewicę zwykle mam. A skoro sprawdziło się z zamianą ciecierzycy na soczewicę w falafelu to czemu teraz nie? Przepis oryginalny wzięłam z bloga Bei.
Składniki:
250g ugotowanej ciecierzycy (u mnie soczewica)
150g upieczonej dyni
3 łyżki pasty tahini (dałam dwie, nie lubię zbyt mocnego aromatu sezamu)
2-3 łyżki oliwy
2 ząbki czosnku (dałam chyba 4 ale malutkie były)
sól, pieprz
sok z cytryny
można dać mielony kumin ale ja nie dałam

Sposób przygotowania:
Ugotowaną ciecierzycę (soczewicę) i upieczoną dynię zmiksować, dodać tahini i pozostałe składniki, wymieszać, po drodze można próbować, doprawić do smaku. Podawać jako past do pieczywa (najlepiej grzanek), dip do warzyw oraz innych rzeczy, do których Wam pasuje :)
Smacznego!

środa, 19 października 2011

Sałatka z oczu kosmity

Ta w gruncie rzeczy prosta sałatka świetnie sprawdza się na wszelkiego rodzaju imprezach, gdzie liczy się szybkość przygotowania. Tylko kilka jej składników należy wstępnie przygotować przed wrzuceniem do miski. A zawsze cieszy się niesłabnącym powodzeniem. Tym razem mimo, iż przygotowana była w ramach Konkursu Kuków Krakowskiego Yacht Clubu, to ledwo, w postaci smętnych resztek, doczekała do przedstawienia do oceny komisji konkursowej.
Składniki:
(według kolejności dodawania - sałatka jest warstwowa)
seler ze słoika
kukurydza
ananas z puszki (pokrojony w kostkę)
szynka 20-30 dag
1-2 jabłka w kostkę
majonez
śmietana
por

Sposób przygotowania:
Składniki według podanej kolejności kłaść do michy, warstwę jabłek posmarować z wierzchu majonezem, a następnie majonez śmietaną, wierzch udekorować jeszcze zielonymi, ale już niełykowatymi plastrami pora. Można oczywiście użyć też całkiem białej części pora, ale wtedy nie ma już tego fajnego efektu oczu kosmity :)

W konkursie wystąpiły jeszcze kanelki mojego autorstwa oraz jak przystało na przewidującego kuka - zestaw na chorobę morską - chrupki kukurydziane z colą.

Sałatka zwyciężyła w dziale dań na zimno, natomiast w kategorii deserów, kanelki zwyciężyć nie mogły, bo przyniesione były z domu. Wprawdzie jeszcze ciepłe, ale jednak niedostępne przeciętnej jachtowej kuchni, w której nie ma piekarnika. Nie szkodzi, otrzymałam nagrodę publiczności, która zmiotła moje produkty w mgnieniu oka.

Bardziej szczegółowa relacja, gdy dostanę zdjęcia, robione przez innych uczestników Konkursu.

sobota, 15 października 2011

Wspomnienia z rejsu czyli czego to ludzie nie wymyślą

Powracam w (mam nadzieję) wielkim stylu do blogowania po pewnej przerwie. Cóż najpierw inne niecierpiące zwłoki oraz przeszkadzania zajęcia, foch na komputer a potem tygodniowy wyjazd, a właściwie wypływ na wakacje, które po ciężkich ostatnich miesiącach zdecydowane mi się należały. Od tego więc zacznę mój tryumfalny (fanfary) powrót. W historii tej nie zabraknie oczywiście akcentów kulinarnych, inaczej bowiem opowieść ta nigdy by się tu nie znalazła.

Otóż opowieść ta powinna zacząć się dwa lata temu, podczas pierwszego zlotu jachtów z duszą "żelazo 2009", ale domyślam się, że pełna historia, która doprowadziła do naszego tegorocznego rejsu mało kogo zainteresuje. Dość stwierdzić, że połowa jachtów przybyłych na ów zlot było z drewna. I tak rozpoczęła się nowa świecka tradycja zlotów pod dźwięczną nazwą "Próchno i rdza", w tym roku zlot odbywał się od szóstego do dziewiątego października w Gdańsku, Helu oraz w Jastarni. Ze względu na to, że nasz klubowy jacht s/y Jagiellonia po gruntownym remoncie odbywa właśnie wspaniały rejs dookoła Europy musieliśmy skorzystać z czarteru innego jachtu, również drewnianego opala, w której to konstrukcji wszyscy jesteśmy zakochani. Rejs rozpoczęliśmy w tygodniu poprzedzającym zlot przyłączając się do trzech innych znajomych załóg planujących rejs do Szwecji. Naszym celem była Olandia, a w powrotnej drodze "zawadziliśmy" też o kontynent, o czym bliżej za chwilę.
antena na wodzie, w tle wybrzeże Olandii



Ziemia na horyzoncie! Pierwszy, który zobaczy ziemię otrzymuje nagrodę od kapitana (niestety nie ja, więc natura nagrody pozostała tajemnicą). Hasło tym bardziej wyczekiwane, że widoczność była dość słaba. W normalnych warunkach w tym miejscu widzi się ląd z obu stron - z jednej wybrzeże Szwecji, z drugiej Olandię. Wujek gógiel podpowiada, że szerokość cieśniny Kalmarskiej to od 6-24 km, więc w sumie nic dziwnego, że w normalnych warunkach ląd mamy z każdej strony. W rezultacie można poczuć się jak na naprawdę sporym jeziorze ;)

Nocą dopłynęliśmy do miejscowości Mörbylånga nazywanej przez naszych kapitanów, z uwagi na jej straszliwie szwedzką nazwę Nibylandią. W porcie pustki, można powiedzieć, że pies z kulawą nogą się nami nie zainteresował. Przyznać trzeba, że ubodło to trochę naszą dumę, bo cztery, jak na aktualne turystyczne warunki, duże jachty, z czego w dodatku dwa drewniane zawsze, ale to zawsze wzbudzają zainteresowanie w portach i wianuszek gapiów robiących sobie zdjęcia. Ba, sama lata temu będąc na wakacjach nad morzem, nie mając jeszcze żadnych związków z Krakowskim Yacht Clubem robiłam sobie zdjęcia obok naszej klubowej Jagiellonii. 
port Mörbylånga, cztery polskie jachty i nic poza tym
Więcej, nie było nawet komu zapłacić za postój w porcie, choć przeczytaliśmy z pomocą słownika informację umieszczoną na tablicy ogłoszeń - brak numeru telefonu do bosmana. Całe szczęście, że Szwedzi mają miłosierny stosunek do potrzeb ludzi i na terenie portu znajdowała się otwarta dla wszystkich toaleta z prysznicem. Nic to, że wykąpanie się zajęło 40 osobom cały dzień, w Polsce wraz z posezonowym urlopem bosmana, z pewnością znikłyby i klucze do łazienek...

W Mörbylåndze (czy innej Nibylandii) byliśmy akurat  w szwedzkie komercyjne święto -dzień bułeczek cynamonowych. Obchodzone jest 4 października i w zasadzie, poza zwiększoną dostawą tego produktu do sklepów, niczym nie różni się od zwykłego dnia, z pewnością nie zawiera takiego szaleństwa jak nasz tłusty czwartek. Tym razem kupiliśmy dla załogi po jednej bułeczce w markecie, ale równie dobrze można zrobić je samodzielnie (jednak mimo wszystko na naszym jachcie nie było piekarnika), na przykład zgodnie z tym przepisem. Niedowiarków odsyłam na stronę dnia cynamonowych bułeczek. Tam też odkryłam  świetny sposób (i jakże bliski mej duszy) na promowanie regionu.

Kartki pocztowe z przepisem na regionalne danie. Na moje oko niczym się to nie różni od naszych ziemniaczanych pyz z mięsnym nadzieniem. Przepis zawiera strasznie dziwne jednostki hg - które jak uczy google są hektogramami - 1hg = 100g.

Sposób przygotowania: (na ok. 30 szt.)
5 kg startych ziemniaków wyciśniętych na stałą masę (zapewne chodzi o odciśnięte z nadmiaru wody ;)) pomieszać z 300 g (3hg) przeciśniętych przez praskę/utłuczonych ugotowanych ziemniaków, jedną łyżką soli i ok. 100g mąki pszennej. 
Nadzienie: 600 g (6hg) mięsa wieprzowego podzielonego w małe kostki, 1 posiekana cebula, 2 łyżeczki zgniecionego ziela angielskiego, 1/2 łyżeczki zmielonego białego pieprzu. Gotować 1 godzinę w lekko osolonej wodzie.

Nie wiem tylko czemu przepis kończy się Lycka till! Co znaczy "powodzenia", a nie "smacznego" - czyżby autorzy mieli kiepskie zdanie o tym daniu?

Pełni wrażeń (nie, nie jedliśmy Ölandskropkakor) ruszyliśmy na południe, chcąc jeszcze w drodze do Polski zajrzeć do jednego, bardzo chwalonego w locji Jerzego Kulińskiego portu i jego przemiłego bosmana.

Miejscowość Kristianopel to wioseczka letniskowa przypominająca skansen. Poza sezonem (czyli podczas naszego pobytu) liczy ponoć tylko kilkudziesięciu mieszkańców - to znaczy pewnie mniej więcej tyle, ilu członków naszych czterech załóg ;) Za to w sezonie kilkukrotnie zwiększa swój stan liczebny dzięki turystom przybywającym na duży kemping, stacjonującym w porcie (kapitan Kuliński twierdzi, że goście to żeglarze nie tylko spod bałtyckich bander - co biorąc pod uwagę przemiłe usposobienie bosmana wcale nie dziwi, w końcu żeglarze to w pewnym sensie ograniczone środowisko). Pytanie teraz, czemu akurat to miejsce przyciąga turystów? To nie tylko usposobienie Svena-Erika Nilssona, który owszem jest chodzącą legendą miasteczka (w naszym szczęściu też miał udział - zawiózł naszych przedstawicieli na zakupy aż do Karlskrony za przysłowiowe dziękuję), ale też historyczny charakter miejsca. Na zdjęciu widać fragment kościoła, ale to nie wszystko, całe miasteczko (łącznie z kempingiem) opasane jest murem obronnym - dwudziestowieczna rekonstrukcja na podstawie oryginalnych fundamentów - dawnej twierdzy. Twierdza należała do Duńczyków, władających wiele wieków dzisiejszą południową Szwecją i stanowi dziś sporą atrakcję turystyczną. W miejscowości jest jeden sklep, dobrze zaopatrzony, z panią mówiącą świetnie po angielsku. Zaopatrzenie doznaje jednak jednego zasadniczego i politycznego braku i ten właśnie brak między innymi pozwolił nam uzupełnić bosman, wioząc nas do Karlskrony - alkohol. W tej miejscowości można było nabyć go do wartości 3,5% alkoholu, zaś wyższą potencję tylko w sklepie monopolowym Systembolaget, których to sklepów w gminie Karlskrona można naliczyć aż dwa (oba w mieście) i 8 punktów gdzie alkohol można zamówić i odebrać. 

Ale zostawiając politykę antyalkoholową naszych północnych sąsiadów, w sklepiku w Kristianopel udało mi się wypatrzyć naprawdę dziwny produkt - obrane ziemniaki w słoiku :) Zdjęcie oczywiście zrobione komórką. Oczom nie wierzyłam. Sprawdziłam skład tegoż produktu, bo może to jakieś specjalne ziemniaki, ja wiem, w jakiejś marynacie, albo coś, a producent po prostu nie napisał, bo to jakieś super popularne danie (w to od razu wątpiłam, będąc swego czasu na dłużej w Szwecji, nie spotkałam się z czymś takim nigdy). No więc lista składników mówi: ziemniaki, woda, sól, środek konserwujący. Szkoda, że nie zapamiętałam ceny - warto byłoby wiedzieć na ile wyceniają 5 minut czasu i środek konserwujący ;) aaa no i słoik.

W Kristianopel pozostaliśmy dwa dni - choć było przyjemnie to nie z własnej woli, czekał na nas w końcu zlot jachtów. Niestety prognozy zapowiadały sztorm, w porywach nawet 10B, więc nasi kapitanowie zdecydowali, że bezpiecznej będzie poleniuchować jeszcze jeden dzień w Szwecji. Na posztormowej fali i lekko tylko słabszym wietrze w 26h dopłynęliśmy do Gdańska. Niestety połowa zlotu nas ominęła - byliśmy dopiero nocą z piątku na sobotę. Ale najbardziej prestiżowy moment imprezy - paradę jachtów przez Motławę mamy zaliczony :)

A teraz kilka ogłoszeń duszpasterskich:
1. Kolegę, który zgubił kurtkę informuję, że prawdopodobnie leży w bosmanacie Mariny Gdańskiej na Motławie - zgodnie zresztą z ustaleniami telefonicznymi między kapitanami :)
2. Jest możliwość wybrania się na rejs naszym klubowym jachtem s/y Jagiellonia, w tej chwili miejsca są na rejs z Nicei do Walencji 26.11. - 10.12., cena kojowego naprawdę niska, a jacht świeżo po generalnym remoncie kadłuba. Naprawdę warto popłynąć drewnianym jachtem i poczuć dumę z ochów i achów przechodniów w każdym chyba porcie świata :) W celu zapisania się na rejs należy kontaktować się z Krakowskim Yacht Clubem. Nie trzeba mieć doświadczenia żeglarskiego, ani żadnych stopni, warto natomiast zainwestować w ciepłe gacie ;)

niedziela, 4 września 2011

Koniec lata na wsi i odpowiednie do tego śniadanko

Śniadanko wprawdzie nie z dziś, ale sprzed paru dni (jak słuszne zauważyła koleżanka ok "wierna czytelniczka" zaniedbuję ostatnio bloga, bo nie wiem w co w ręce włożyć, a blog akurat jakkolwiek jedna z mych małych przyjemności, to w aktualnym momencie musi się usunąć przed całym złem tego świata i różnymi z tego zła wynikającymi obowiązkami).

No ale, ale śniadanko to w pewnej mierze wytwór końca lata w ogrodzie. Może nie tak w całości, bo ani krowy nie ma, a z orzechów to tylko leszczynka sobie rośnie, no i płatki owsiane też raczej ze sklepu a nie z własnego pola, ale zawsze to coś. Ja w ogóle jestem szczerą miłośniczka roślin, które da się zjeść i osobiście uważam, że hodowanie ich właśnie jest czymś sensownym, a już roślin ozdobnych to tak średnio. Moje serce z ozdobnych zdobyły jedynie storczyki i kaktusy. Storczyki, bo wreszcie ktoś mi powiedział jak się toto podlewa, zapamiętałam i mi rosną piękne (poza tym, zawsze uwielbiałam nazwę orchidea, a fakt, że storczyki bywają mięsożerne też jakąś moją czułość wzbudza - w sensie solidarność mięsożerców, albo co).

No ale przechodząc do sedna. Oto skutek mojej półgodzinnej wycieczki do ogrodu:
Gruszki wprawdzie mogły jeszcze chwilę powisieć na drzewie, ale jakoś nie ma czasu by codziennie sprawdzać tak u nich, a odleżane dzień w misce są ogromnie słodkie i pyszne. Orzechy też już powoli zaczynają spadać z drzewa, a świeże są takie pyszne, nawet nie da się ich porównać ze sklepowymi. Maliny jak zwykle pod koniec sezonu zaczynają się powoli przejadać, a co gorsza nie ma ich kto zbierać na zimowe soki (większość przeziębień przechodzimy na herbatce z sokiem malinowym), no i poziomki, takie słodkie pyszne, prosto z krzaczka - zawsze ich mało, więc nawet nie ma okazji nacieszyć się nimi i najeść. W sumie bardzo dobrze, bo co roku czeka się na nie z utęsknieniem.

A na śniadanko: płatki owsiane (na surowo) z orzechami włoskimi, laskowymi, migdałami i malinami - energia na pół dnia (jednakowoż potem przydaje się zjeść obiad ;))
No i przy tym wszystkim zastanawiam się czemu ludzie decydują się mieszkać w miastach. W sumie sama mieszkam na wsi tylko przejściowo, ale latem można wyjść na taras i do ogrodu, przynieść sobie śniadanie w koszyczku (tak, w mieście zawsze ubolewałam, że na parapecie nie zmieści mi się pełny ogród, nawet ziołowy), ale nawet zima, na którą pomstują uciekające na wieś mieszczuchy - coś pięknego, śnieg jest biały!!! Inna rzecz, że ja osobiście rzadko mam okazję poznać zapieprz odśnieżania, to jednak poranna pobudka i biały śnieg i buty, które można nosić więcej niż jeden sezon, coś wspaniałego.



sobota, 3 września 2011

Jak tu nie kochać urządzeń wielofunkcyjnych

Przyszedł czas na orzechy. W ogrodzie leszczyny pokryły się pysznymi kitkami z niespodzianką w środku, a tu problem - nie ma dziadka do orzechów. No ale pożerać orzechy świeżo zerwane z drzewa się chce. Oczywiście pierwszy sposób jaki przyszedł do głowy to spróbować metody Jagienki z "Krzyżaków", no ale co by było, gdyby się jednak nie udało? Na Danusię jestem i zbyt mało romantyczna, delikatna itp. no i zbyt żywa także,  to trza było wspomóc się innym narzędziem.
W szafce znalazłam mój osobiście ukochany wyciskacz do czosnku z Ikei. W sumie czemu nie, z wyglądu nawet dość podobny do dziadka do orzechów.

zdjęcie pochodzi ze strony: http://www.ikea.com/pl/pl/catalog/products/00089163
I powiem Wam, że do oryginalnego dziadka do orzechów chyba już nie wrócę, a przynajmniej na pewno nie przy orzechach laskowych, bo włoskie jednak mogą okazać się zbyt duże żeby wstawić je do wyciskacza, natomiast do mniejszych orzechów nadaje się idealnie, bo orzech nie wylatuje gdzieś bokiem zamiast się zmiażdżyć. Trzeba tylko uważać na jedną rzecz - ściskać rączki wyciskacza raczej tak subtelnie jak Danusia niż uściskiem jakiego oczekuję od Jagienki, bo przecież chcemy rozłupać orzecha, a nie otrzymać pastę orzechowo-łupinkową. No chyba, że ktoś potrzebuje, to jak najbardziej, pata orzechowo-łupinkowa też wyjdzie.

Swoją drogą jest to jedna z niewielu rzeczy z Ikei, które wielbię miłością bezgraniczną. Meble są drogie i marnej jakości (przynajmniej ja mam takie doświadczenia), choć design mi odpowiada - to tym bardziej wkurzające jest, że jakość marna, za to niektóre serie garów to po prostu poezja (nie powiem, że wszystkie, niektóre utrzymują stałą Ikeową jakość, za to część naprawdę nadaje się do użytku). 
Łyżka dziegciu jest jednak nawet w moim ukochanym wyciskaczu - podobny za pół ceny spotkałam na placu, czy podobnie trwały - nie wiem, nie miałam potrzeby kupować, ale konstrukcja ta sama. 
No i kolejna kwestia - jako wyposażenie akademika, hostelu itp. raczej się nie nadaje - fakt, że składa się z dwóch części znacząco zmniejsza jego użyteczność w zakładach imprezowania zbiorowego (czego osobiście nie rozumiem, dobra impreza zakłada istnienie pysznego jedzenia :)) no ale to już kwestia samej konstrukcji, która pod każdym innym względem jest idealna, a wyciągane siteczko bardzo praktyczne pod kątem mycia.

niedziela, 31 lipca 2011

Melduję, że powracam

Długo mnie tu nie było, bo najpierw czas zdecydowanie nie sprzyjał pisaniu (jedzeniu też nie) a potem zamieniłam moją normalną kuchnię na moją wakacyjnie-hardcorową kuchnię i dwa tygodnie działałam w niej. 

O ile jeszcze robienie jedzenia i fotografowanie go w domu jakoś uchodzi mi na sucho, o tyle na wakacjach, gdy obiad podaje się w plenerze, po prostu nie mam serca (a nawiasem mówiąc i aparatu na wierzchu) by odmawiać ludziom zjedzenia obiadu już natychmiast. Od zeszłego roku prócz tego uroczego zaplecza kuchennego, zwanego profesjonalnie kambuzem (żeby się przypadkiem nikomu z kuchnią nie skojarzyło) wozimy ze sobą jeszcze dodatkową butlę z dużym palnikiem, dokładnie pod patelnię o średnicy 26 cm - żeby się wygodniej ryby smażyło, a i inne rzeczy gdy słońce praży i na okazanej kuchence można prócz obiadu uprażyć siebie.

Zdjęć wprawdzie nie posiadam, ale dla spragnionych wakacyjnego słońca i wiatru w żaglach posiadaczy turystycznych kuchenek podzielę się kilkoma miłymi przepisami.

Punkt 1. Na łódce najlepiej sprawdzają się "cosie": makaron z czymś, ryż z czymś oraz kasza z czymś, kuskus z czymś również, tylko trzeba go zabrać z domu, miejscowe sklepy niekoniecznie mają takie rarytasy. No i ryby, ale do ryb trza mieć ostry nóż i chętnego do sprawiania (tym razem chętny był do sprawiania, za to chętnych do jedzenia, ku memu bólowi, nie).

Punkt 2. W przypadku posiadania zestawu standardowego, a taki zwykle możemy spotkać na łódkach (nie tylko czarterowych) czyli kuchenka dwupalnikowa i tyle, ważne by nasz obiad powstał w max. 2 garnkach (z czego jeden to makaron/ryż/kasza/woda na kuskus) co znaczy znowu, iż "coś" musi powstać w jednym.

Punkt 3. Żeby nie jeść tzw. "słoiczków", które moim zdaniem są całkiem lub prawie całkiem niejadalne nie trzeba heroicznego wysiłku nawet przy braku lodówki - puszki ratują sprawę: pomidory w puszce, czerwona fasola, jakaś kukurydza, oliwki w słoiczku, tuńczyk, jakieś lepsze konserwy lub wędzony boczek i już jest materiał na co najmniej 3 obiady. Warto mieć schowaną cebulę czosnek i i trochę różnistych przypraw. 20 minut i jest obiad.

Zestaw 1 - Meksykański

cebula, papryka, kukurydza w puszcze, fasola w puszce, pomidory w puszce, czosnek, przyprawy, opcjonalnie mięcho (konserwa sprawdza się bardzo dobrze, ale i boczek wędzony czy inne rarytasy również)

Cebulę, paprykę i kukurydzę wrzucamy na rozgrzany olej i chwilkę dusimy, dodajemy mięcho, znów dusimy, wrzucamy resztę, doprawiamy do smaku (czosnek, papryka, pieprz i sól).

Podajemy z ryżem, makaronem lub kaszą

Zestaw 2 - tuńczykowy

tuńczyk w sosie własnym w puszce, cebula, czosnek, majonez, zielona pietruszka

Na patelnię z niewielką ilością oleju wrzucamy cebulę pokrojoną w kostkę, następnie rąbiemy tam tuńczyka z łyżką-dwoma majonezu (na Mazurach polecam Kętrzyński), dodajemy czosnek i zieloną pietruszkę, podajemy z makaronem

Zestaw 3 - pseudoboloński

jakieś mięcho, pomidory z puszki, przyprawy, cebula i czosnek będą dodatkowym atutem, a oliwki to już wypas po pachy

Mięcho z cebulą i czosnkiem smażymy, dodajemy pomidory z puszki, przyprawiamy do smaku oregano, bazylią lub ziołami prowansalskimi (zależy co mamy pod ręką)

Takich zestawów oczywiście da się wymyślić całą masę, choć po 2 tygodniach wszyscy wypatrują kotleta z ziemniakami i innych dań nie mających formy papki ;) które jakkolwiek bez problemu da się uczynić przynajmniej na niektórych łódkach, ale w normalnych warunkach nikomu się nie chce :)

Wróciłabym na wakacje pogotować sobie jeszcze - wiatr, woda, świeżo złowione ryby i butla gazowa - ehhh rozmarzyłam się.

czwartek, 9 czerwca 2011

Zniknięcie durszlaka

Zaglądam wczoraj na durszlak, a tu niespodzianka, przepraszamy durszlak został wyłączony. Nie powiem, zastanawiałam się czemu mój blog w dalszym ciągu "oczekuje na akceptację" mimo formalnie spokojnie wystarczającej liczby postów czy stricte kulinarnego charakteru, że może posty i przepisy mało autorskie? 

A tu taka niespodzianka. Przykra sprawa, większość popularnych serwisów, w pewnym momencie dochodzi do punktu gdy twórca przestaje ogarniać, czy to czasowo czy finansowo. No ale nigdzie o tym nie było informacji, a przecież durszlak miał wielu użytkowników i jeszcze więcej wiernych fanów. Od kiedy go odkryłam bardzo rzadko korzystałam z innych źródeł kulinarnej wiedzy bo tu i przepisy i porady i w dodatku hasłowo i bez śmieci: jak wpiszę glazura to wyjdzie mi ciasto a nie sprzedawca fliz, biszkopt rzucany to świetny przepis, a nie hasło do komedii tortowej i tak dalej, możnaby wymieniać w nieskończoność.

Druga sprawa to fakt, że blogi kulinarne akurat integrują zarówno ludzi z czasem jak i mających jakieśtam środki finansowe, więc może w tym prawie tysiącblogowym środowisku znaleźliby się moderatorzy i sponsorzy. Skoro sponsorzy mają swój udział w pojedynczych blogach, to w takiej skarbnicy na pewno chętnie wzięliby udział. Wiadomo, że wtedy musimy pogodzić się z ograniczeniami w rodzaju irytujących pop-upów czy reklamy typu Adsense, ale pytanie podstawowe brzmi: czy warto pozbywać się takiej kopalni wiedzy w zasadzie jednym kliknięciem z przyczyn podanych przez twórcę serwisu. Wiadomo to jego praca i jego decyzja, ale z drugiej strony jest to też kawałek życia wielkiej rzeszy blogerów i ich czytaczy. 

Kolejna kwestia. Poważnie zastanawia mnie czy ten serwis nie miałby szans jako komercyjny, wiadomo, w jakiś sposób popularność by spadła bo nie każdego na to stać, ale przeliczając na książki kucharskie, może jednak zrzuta dałaby radę.

Żeby chociaż ostrzec - zapisałabym w ulubionych tak wiele blogów ile bym dała radę. Nie zapisałam żadnego - bo był durszlak.

No i żeby była jasność, twórca serwisu może zrobić co chce, ale tak bez uprzedzenia to trochę przykro. Rozumiem, że wtedy byłoby trudniej ciachnąć kawał swojego życia, ale mimo wszystko - to było świetne miejsce spotkań kulinarnie zakręconych ludzi, a i wszystkim, którzy skarżyli się, że gotować nie potrafią polecałam ten serwis. Był moment kiedy byłam pewna, że ktoś zhakował durszlaka.

Blogerzy zapraszam Was w odwiedziny i do komentowania - łatwiej Was znajdę w sieci.

środa, 1 czerwca 2011

Mój pierwszy kwiatowy raz

Oczywiście tytuł pseudo skojarzeniowy, który absolutnie nie kojarzy się z tym z czym niby właściwie mógłby się kojarzyć, bo wiadomo, że nikt nie pisze o pierwszym razie w sensie seksualnym, a zdecydowanie bardziej globalnym. Ale nie mogłam się powstrzymać- pseudo skojarzeniowo brzmi tak romantycznie (dopóki nie pomyślimy o mrówach i innych żyjątkach :D)

A ja po raz pierwszy jadłam kwiatki. Znaczy pomijam takie oczywistości jak kalafior i brokuł czy też inne powszechnie wżerane kwiatki, które na ten moment wypadły mi z pamięci. Jadłam prawdziwego, takiego ślicznego i fioletowego - kwiatka szczypiorku. Był tak piękny, że aż szkoda nie zjeść. Choć ze zdumieniem zaobserwowałam, że jest bardzo pikantny, chyba nawet bardziej niż łodyżka. A w sumie szkoda bo cały kwiatek wygląda pięknie i dekoracyjnie, ale w całości może być zbyt pikantny. Ja osobiście użyłam go do sałatki z sałatą (efekt żaden wizualny, kwiatki znikają w środku) oraz do serka białego z rzodkiewką szczypiorkiem gałązkowym i takimi tam (wizualnie lepiej, ale smakowo trzeba kulkę kwiatkową podzielić na mniejsze. Czyli podsumowując - wrażenie ciekawe, kwiatki piękne, ale na poważniejsze zastosowanie na razie nie mam pomysłu.

wtorek, 17 maja 2011

Kupujcie zielone banany

Niezmiernie zdziwiła mnie informacja, którą dziś podzielił się ze mną jeden z moich ulubionych Kleparskich sprzedawców (no mam trochę tych ulubionych - uwielbiam zakupy na Kleparzu). A mianowicie Pan powiedział, żeby w Polsce kupować zielone banany, bo dojrzałe są dojrzewane sztucznie przy użyciu jakiegoś gazu - szczegółów nie znam. Wkażdym razie wynika z tego, że powinno się kupować banany zielone i dojrzewać je sobie w domu. Trochę to dla mnie smutna wiadomość, bo uwielbiam tzw. "zgniłe banany" to znaczy te naprawdę dojrzałe pełne brązowych plamek  widać że będę musiała kupować banany jakiś miesiąc przed tym jak nabiorę na nie ochoty ;)
A Wy co sądzicie o takiej nowinie? Obawiać się czy chrzanić sprawę? W sumie teraz chyba nie ma zbyt wielu rzeczy naturalnych w "zwykłym sklepie", ale miałam nadzieję, że choć na placu jest szansa*.


* choć w sumie niby dlaczego, skoro dostępne są owoce egzotyczne, a i sprzedawcy nie kryją tego, że są sprzedawcami detalicznymi, którzy mają hurtownika, którzy mają kogoś wyżej, a dopiero on ma rolnika, więc chemia jak najbardziej dostępna.