Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 grudnia 2016

Łan Cafe - łąki nowohuckie

Nie było mnie tu bardzo dawno, no ale jestem usprawiedliwiona gdyż pochłonęło mnie życie :D Ale ciasta w Łan Cafe są tak dobre, że aż warto wrócić z blogowego wygnania. Są dokładnie w moim stylu, dokładnie tak niesłodkie jak lubię i sama piekę. A że ostatnio rzadko piekę, rzadziej niż bywam na Placu Centralnym, to kilka razy już trafiłam do Łan Cafe. 

Miejsce całkowicie niepozorne. Osiedle Centrum E, blok 25, ten pierwszy od NCK-u, kawiarnia to malutka dziupla w rogu, od strony Łąk. Cztery malutkie stoliki w środku, stolików na zewnątrz więcej, stały długo, a pod podcieniem chyba nadal coś stoi. Miejsce do siedzenia fantastyczne, bo z dala od ulicy, z jednej strony Łąki, a z drugiej też łąka, ta pomiędzy NCK-iem a Centrum E. 

W menu nie ma byle czego. Ciasta domowe, robione przez właścicielkę to dokładnie takie ciasta jakie zrobiłabym sama. Myślę, że jakbym kupiła na święta to nikt by się nie zorientował, że to nie domowa produkcja, poza tym że mnie się zdarza coś schrzanić, a tu wszystko piękne ;) Także smaki zdecydowanie moje w związku z czym mogłabym jeść codziennie
Kawiarnia nie posiada w menu herbaty torebkowej, co też jest super plusem (choć powinno być standardem u wszystkich), ale że nie jest, to tym lepiej dla Łan Cafe. Kawa, czekolada, wszystko robione od podstaw, żadnych proszków. Piwa - tylko rzemieślnicze, o ile mogłam się zorientować, grzaniec robiony osobiście z prawdziwego wina i piwa. 

Uff co za ulga, iść gdzieś i wiedzieć, że dostanie się prawdziwe jedzenie i picie, lepsze niż w domu. Atmosfera przyjazna, super widoki, brak samochodowych oparów.

Czy można chcieć czegoś więcej? No w sumie, jedną rzecz. Ze względu na wielkość, w kawiarni brak toalety dla gości. Jest to pewna uciążliwość w miejscu gdzie podaje się napoje, a w szczególności piwo. Przez to do Łan Cafe wpadamy w przelocie, choć chciałoby się posiedzieć cały dzień.

Można też inaczej: zamówić w Łanie ciasto i kawę (herbatę, inny napój) na wynos i potuptać na Łąki, tam przysiąść na ławeczce i wciągnąć. Oczywiście zabierając potem kubeczek i pudełko ze sobą w celu wrzucenia do kosza.

Ogromnie się cieszę, że Huta ożywa. Z dumą pokazuję tę moją okolicę. Ścieżki między blokami, takie jakie na Bronowicach nazywają się Parkiem (patrz: Młynówka Królewska - niczego jej nie ujmując). No i w końcu super miejsca, gdzie można zjeść i wypić w kulturalnej atmosferze. Jest pięknie.

EDIT: Toaleta już jest. W związku z tym mają ode mnie 10/10.

wtorek, 16 lutego 2016

Żeberka w marynacie jerk Jamiego Olivera (test produktu)

Bardzo rzadko korzystamy z gotowców, ale gdy dostaniemy od kogoś gotową przyprawę, a jej skład nie kwalifikuje jej do kosza, w końcu nadchodzi dzień, w którym postanawiamy jej użyć. Tak właśnie było z gotową marynatą firmowaną przez Jamiego Oliviera, których dostaliśmy 3 sztuki i odbywały kwarantannę w szafce chyba od zeszłego Bożego Narodzenia. Marynaty są z suchych przypraw i szczelnie zapakowane, no i ta konkretna składa się głównie z papryki, więc trochę czasu raczej im nie zaszkodziło. Produkt otrzymaliśmy od znajomków z Anglii. Prawdopodobnie niedostępny w Polsce. No i nie wiemy po ile w Anglii, bo to prezent był :)

Nazwa produktu: Jamie Oliver 10 minute marinade: Fiery Jerk Marinade Mix.
Dobre do (umieszczone na etykiecie): kurczaka, wieprzowiny, ryb
Skład: Wędzona papryka, chilli (w sumie 3,5%), czarny pieprz, cayenne (w sumie 2,5%), Pimento (2,5%), Biały pieprz i cynamon (w sumie 1,3%), goździki (0,6%) suszona czerwona i zielona papryka słodka, brązowy cukier, sól morska, zioła (tymianek i oregano), suszona cebula, czosnek w proszku, semolina z pszenicy, sól wędzona (4,6%), starta skórka z cytryny, suszony czosnek, ziarna selera
Dodatkowe informacje: instrukcja przyrządzenia zarówno suchej marynaty jak i mokrej z oliwą i sokiem z cytryny,
Opakowanie: torebka pokryta metalem z zamykaniem (wiadomo, zamknięcie działa pod warunkiem, że nie uwalicie go w przyprawach, ale to standard w tym systemie)

Skład nie jest najgorszy, ale mógłby być lepszy, nie zostało podane jaki procent całości stanowi cukier i sól morska, nie wiem po co tam semolina, w końcu to marynata nie panierka, ale nie ma żadnych antyzbrylaczy, ani dziwnych dodatków więc ogólnie ocena niezła.

W smaku widać, że jakiś kucharz położył na tym rękę (może nawet sam Jamie, oh,ah) bo smak jest dobrze wyważony, spodziewałam się, że mięso będzie paląco ostre po tej całej papryce i pieprzu, a jest super - ostre, ale przyjemnie, tak, że nie trzeba w trybie pilnym robić koktajlu mlecznego na przepitkę ani jeść kilograma sera. Pod koniec pieczenia przed odkryciem naczynia celem zarumienienia całości dodaliśmy troszkę płynnego miodu. Wcześniej spróbowaliśmy marynaty uznając, że nie zaszkodzi, w sumie była to chyba łyżka miodu.



Składniki:
żeberka (u nas niecałe kilo, wyszło na ok. 4 niezbyt duże porcje)
marynata Jamiego
2 łyżki oleju (z pestek winogron)
sok z 1 niedużej cytryny
+ łyżka miodu

Sposób przygotowania:
Żeberka umyć, podzielić wrzucić do naczynia, wlać 2 łyżki oleju, sok z cytryny, wsypać marynatę - nam weszło ok. 3/4 kiedy uznaliśmy, że dość, zostało w sam raz na jakiś szybki obiad. Marynować od 10 minut (info z opakowania) do całej nocy (tyle leżało u nas na balkonie), piec ok. 1h na każdy kg mięsa w temp. 180 stopni. Razem z żeberkami upiekliśmy frytki, ale wymagają jeszcze trochę dopracowania ;)

Ogólne wrażenie całkiem niezłe. Na pewno nie chciałoby mi się w domu robić marynaty z tylu składników, ale też nie dodawałabym do każdej marynaty cukru (jak zerknęłam do pozostałych to jest w każdej, w niektórych wraz z melasą), więc zdecydowanie nie jest to jedzenie na co dzień, ale od czasu do czasu można sobie pozwolić jak nie ma pomysłu na obiad. 

 

wtorek, 9 lutego 2016

Wstrząśnięte nie zmieszane - Rakowicka róg Topolowej

Zachęcona przez Wierną Czytelniczkę zamieszczam kolejną recenzję, tym razem z podobno nowego centrum restauracyjnej aktywności. Ulicy Rakowickiej. Przynajmniej tak twierdzi pan Nowicki. Ja tam szczególnej aktywności nie widzę, raczej w zwijaniu się interesów niż wręcz przeciwnie. Jest tam parę ciekawych adresów, ale ogólnie to pizza i stołówy. Wstrząśnięte zastąpiło istniejące tam poprzednio Ancho. Do poprzednika też lubiłam chodzić, choć po pewnym czasie menu trochę wiało nudą. 

Gdy pierwszy raz weszliśmy do środka to był opad szczęki. Knajpę powiększono dwukrotnie, co jest super, bo powstała dodatkowa sala przy kuchni z normalnymi wysokimi stołami i krzesłami (odpowiednio do jedzenia, nie jakieś tam niskie fotele). Wprawdzie warunki lokalowe powodują, że brak ciągłości wnętrza - pierwsza sala przy drzwiach, potem coś jakby korytarz z barem i druga sala przy kuchni, to jednak ma to wyraźne plusy praktyczne: ja uwielbiam podglądać co się dzieje w kuchni, ale ma to wadę - czasem jednak zapachy kuchenne (nawet niewyczuwalne podczas pobytu) osadzają się na ubraniu. Rozumiem, że może to zniechęcać kogoś, kto w garniturku wyskoczył na lunch. A w okolicy sporo kancelarii prawnych, więc i garniaki przewijają się często. Więc garniak siada w sali pierwszej (do której nie przedostaja się żadne zapachy - niezła wentylacja) i omawia nad lunchem kwestie biznesowe, a ja zasiadam przy kuchni i patrzę kucharzowi na ręce. No dobra, widzę z daleka migającą sylwetkę kucharza, jest tam jednak kawałek przestrzeni.

Menu: zmienia się co ok. 2 tygodnie, karta jest krótka, 2 kartki czego tylko jedna to dania obiadowe, i desery na drugiej napoje (w tym czeskie piwo z browaru kraftowego). Moim zdaniem dla każdego coś miłego dania są różnorodne i wykorzystują polskie tradycyjne składniki np. kasze. Jadłam tam też ozorek w chrzanie (który mimo, że cudownie miękki jakoś wywołał grymasy pana Nowickiego). Jadłam tam już z 10 razy i zawsze dania były świetnie przyrządzone, mięso mięciutkie, ciekawe dodatki. W zasadzie jedyne do czego mogę się przyczepić to talerze z łupka - wiem że to teraz modne, ale ja przychodzę zjeść, a skrobanie sztućcami po chropowatej powierzchni i lęk przed wypadnięciem jedzenia z talerza, może trochę zepsuć posiłek. Jestem pewna, że można poprosić o zamianę łupka na zwykły talerz, bo na zwykłych też podają, tylko że ja zawsze zapominam. Aaa i coś absolutnie genialnego - talerze na zupę! Są ogromne! Talerz jest wielki z taką malusią dziurką na płyn - takie jest pierwsze wrażenie (w sumie chyba w podobnych podają w knajpach spaghetti). A potem jesz i jesz i jesz i końca nie widać. Ja po zupie jestem najedzona po uszy. A zupy naprawdę mają dobre. Nie zawsze w moim stylu, ale wiadomo, nie każdy musi lubić wszystko. Jak raz zrobili jakiś chiński bulion z imbirem i kolendrą mąż był zachwycony i ja też (że wzięłam tą drugą zupę ;)) W Top Chefie mówili, że jakość knajpy poznaje się po zupie. Tą mogę z czystym sercem polecić. Drugich jadłam chyba z 10 i każde było pyszne. Nie znam się, może faktycznie na talerzu za dużo się dzieje (tak argumentował swą niechęć pan Nowicki), ale to co się tam dzieje jest smaczne! Jeśli komuś nie pasuje sosik posmarowany z boku talerza, to naprawdę kompozycja pozwala zjeść bez. A ja do restauracji przychodzę zjeść, nie oglądać talerz. Podobno takie rzeczy to w Tate Modern można oglądać. Moim zdaniem wszystko jest apetyczne, świeże i naprawdę nie mam jednego złego wspomnienia.

Organizowałam w tej knajpie również większe spotkanie, takie powiedzmy pół-oficjalne, nie bankiet na 20 osób, ale tak bliżej 10 z możliwym konfliktem w zakresie kto ma regulować rachunek. Wszystko świetnie się udało, jedzenie wszystkim smakowało, podane prawie równocześnie (zamówiliśmy akurat dwa rodzaje dań jedno wyszło z kuchni chwilkę wcześniej niż drugie, ale różnica akceptowalna). Z obsługą spokojnie można było się dogadać co do kwestii komu ten rachunek podać i wszystko było tak jak ustaliliśmy. Panie pytały nas jak wolimy czy podać coś do picia czy czekamy na oficjalne "otwarcie imprezy", specjalnie dla nas zrobiły małe przemeblowanie gdy okazało się, że jest nas mniej niż miało być. Czuliśmy się dobrze zaopiekowani.

Ceny: max za pojedyncze danie to ok. 35 zł, moim zdaniem stosunek jakości do ceny jest fenomenalny. A, i herbata - coś co dla nas jest bardzo ważne w ocenie knajpy: są czajniczki z fusiastą w torebkach. Także wpadamy tam też na herbatę. Z wielu kawiarni wywiało nas po usłyszeniu, że oferują herbatę w torebkach, a tu i miejsce jest dogodne (np. blisko dworca kolejowego, można zrobić punkt spotkania przed wyjazdem i po przyjeździe) i herbata dobrej jakości.

Z tego co wiem robili tam remont, mam szczerą nadzieję, że knajpa powróci w tej samej szacie, bo w okolicy naprawdę mało miejsc gdzie można dobrze zjeść. Troszkę się boję bo wiadomo jak to z remontami knajp bywa, ale patrząc na panów noszących rury, jest nadzieja, że może faktycznie to tylko jakaś awaria. Na ich facebooku info, że otwierają ok. 14.02., miejmy nadzieję, że się uda, bo mieli otworzyć wcześniej. Trzymam kciuki za Wstrząśnięte, naprawdę fajne miejsce!

czwartek, 28 stycznia 2016

Bistro Marchewka - Nowohuckie Centrum Kultury

O nowym barze w NCKu do wiedzieliśmy się przypadkiem z internetu. Przy okazji spaceru na Łąki Nowohuckie postanowiliśmy zajrzeć co zacz. Nastawienie mieliśmy bardzo pozytywne, bo w końcu coś fajnego powstaje w Hucie. To znaczy znam kilka dobrych adresów, ale w większości powstają pizzerie i gdy przez pewien czas pracowałam w Hucie, zamówienie jakiegoś dobrego jedzenia było wielkim problemem. Dzięki pracodawcy za mikrofalę, bo byłoby krucho! Z Marchewki raczej nic się nie zamówi, bo chyba nie prowadzą dowozu, a znaleźć knajpkę to prawdziwe wyzwanie "tam gdzie dawna kawiarnia NCK" - uhum, trzeba najpierw wiedzieć lub pamiętać gdzie była takowa. Ostatni raz byłam w NCKu w podstawówce (a może na początku liceum) na jakimś przedstawieniu, a regularnie bywałam w przedszkolu podczas nieudanej próby nauczenia mnie tańca ;)

Bistro Marchewka mieści się na samym dole budynku w prawym rogu (czyli wchodząc od Placu Centralnego kierujemy się w korytarz w prawo, a następnie klatką schodową w dół - pani portierka bardzo pomocna). Można też wejść bezpośrednio z zewnątrz, tylko trzeba dostać się na dolny parking (ścieżka obok centrum z lewej, lub okropnie ugraficona uliczka z prawej).

Co jest ciekawego w tej knajpce: reklamują się, że wszystko co podają pochodzi od małopolskich rolników. Fajnie. Wystrój knajpki bardzo mi się podoba, drewniane stoły, ciepłe światło. Menu krótkie: 2 zupy, 4 drugie - w tym jedno wege, 2 dodatki (ryż, kasza), 2 sałatki + 3-4 ciasta (za to dostają Nobla, jak na knajpiane warunki, ciasta mają genialne - po prostu domowe), do tego tłoczone soki, ziółka do picia i herbaty (te niestety z torebek). Naprawdę smaczne jedzenie. Problematyczne są godziny otwarcia. Od 10 do 20 codziennie, nawet w porządku, ale: NCK otwarty jest dużo wcześniej i o jakichś wczesnoporannych godzinach są tam zajęcia dla dzieci. Rodzice koczują więc na korytarzach, bo Marchew zamknięta. Nam z kolei parę razy po pracy i następujących po niej załatwieniach w Hucie zachciało się ciepłej zupy - niestety już zamknięte (choć trzeba przyznać, że póki ktoś tam jeszcze był i pożądanie danie także nie "wyszło" to byli chętni by nam je podać - naprawdę wielki plus). Parę razy odbiliśmy się także od drzwi, bo knajpa wynajęta na zamkniętą imprezę. W sumie dobrze, widać, że rodzinne imprezy dobrze się tam sprawdzają, bo knajpa jest przyjazna dzieciom, mają stolik, zabawki, kredki. Gorzej z niemowlakami. W knajpie jest miejsce na wózek i atmosfera przyjazna, ale toalety są częścią centrum i brak w nich (a przynajmniej tej koło kawiarni) przewijaka - dla mnie trochę dziwne w domu kultury, w sumie wiele tam atrakcji dla rodzin z dziećmi.



Ponieważ nie mieliśmy planu na wielkie żarcie, a jednak troszkę zmarzliśmy na spacerze postawiliśmy na zupę. Oboje tą samą (wiem - beznadziejni z nas recenzenci). Pomidorowa z bryndzą. Naprawdę mi smakowała. Była kremowa - mój chłop nie lubi zup kremów a też mu smakowała. W ogóle połączenie zupy pomidorowej z serem to fajny pomysł, przeze mnie z sukcesem testowany już od paru lat. Choć niektórzy (mąż złośliwiec) twierdzą, że w rankingu sosów do spaghetti moja zupa jest super ;p Ta została pochwalona bez specjalnych zastrzeżeń. Jako smaczna przyzwoita zupa. Mąż twierdzi, że woli tą z Oberży Sąsiadów na Miodowej, ale mnie z kolei tamta wcale nie pasuje (lubię za to ich barszcz czerwony), a ta była pyszna. Także znów - rzecz gustu. 

Jak już się rozsiedliśmy to wcale nie chciało nam się wychodzić. Zamówiliśmy więc ziółka (herbaty fusiastej brak, wybór pomiędzy ziółkami od rolnika i liptonem z torebki) i ciasto: szarlotkę i marchewkowiec. W rankingu ciast knajpianych oba wypadły genialnie. Oczywiście "bo moja mama robi lepszą szarlotkę", ale z czystym sumieniem mówię, że nie pamiętam bym w restauracji jadła lepszą. Także dostali u mnie gigantycznego plusa. 

Kolejnym razem także jedzenie bardzo nam smakowało. Tym razem o 2 minuty wyprzedził nas bakłażan. To znaczy pani tuż przed nami zjadła ostatniego. Ehh zostało parę różnych dań, ale w efekcie zdecydowaliśmy się na schabowego z kaszą jaglaną i sałatką - mąż, pierogi ze szpinakiem - ja. Oba pyszne, w pierogach trochę przesadzili z omastą, wszystko w niej pływało, za to w sałatce (myślę, że kwestia pory roku) sama papryka - ktoś, kto nie toleruje surowej papryki ma ciężką robotę ;) Na plus dla pani z obsługi trzeba przyznać, że każde danie z karty omówiła z kucharzem by podać mi jego skład, gdy akurat trafiło na problemy żołądkowe i początki rozszerzania diety z suchego chleba.

 Średnia cena obiadu to ok. 20 - 25 zł (w zależności od głównego składnika).
Przyuważyliśmy także, że w bistro stołuje się obsługa, więc musi być ok ;)

Tak w sumie naprawdę pozytywnie! Marchewko trwaj!

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Targi Terra Madre i laboratoria smaku

Targi odbyły się od 11 do 13 grudnia 2015 roku w Centrum Kongresowym ICE w Krakowie. Nie robiłam zdjęć. Uczestniczyłam czynnie.

Rok temu też byliśmy, w EXPO i tym razem było o wiele lepiej (więcej?), ale wciąż jest trochę do poprawki. Mając na uwadze jak rozrosła się impreza od zeszłego roku, można mieć nadzieję, że będzie lepiej.

Oczywiście jak ktoś jest miłośnikiem dobrego jedzenia, to wielu spośród wystawców nie trzeba mu przedstawiać, tu można powiedzieć, że jakość produktów oraz serdeczność sprzedawców załatwiła kwestię fajnej atmosfery za organizatorów. Rzadko się zdarza, żeby jeden sprzedawca produktu X (sery) namawiał na udanie się na stoisko konkurencji, bo mają świetne produkty (faktycznie mieli). Pogaduszki z producentami lub importerami były naprawdę świetne.

Niestety z mojego punktu widzenia organizacja leży. A przynajmniej ludzie nie mają jeszcze doświadczenia w organizacji tak dużej imprezy i po prostu zrobił się bałagan.

Warsztaty kulinarne, nazwane laboratoriami smaku. Cena jednostkowa 25 zł. Wpisanie się zajęło nam dwie próby na dwóch różnych komputerach (rejestracja internetowa). Wpisaliśmy się na dwa: domowy wyrób wędlin i pieczenie chleba. O pierwszym nie mieliśmy pojęcia, za to chleby piekę od kilku lat, mąż od czasu do czasu asystuje - dokarmia zakwas, wsadza do pieca produkt finalny gdy ja muszę wyjść i takie tam. Nie jest pasjonatą chleba.

Przychodzimy, chwilkę przed rozpoczęciem pierwszego warsztatu. Płacimy za wstęp (jak to na większości targów) i pytamy o warsztaty. Pani mówi "nie wiem - bilety sprzedaję" Coś jak u Asteriksa "panie kochany, ja nie architekt, kafle kładę, każą kłaść to kładę, nie każą nie kładę". Pani kieruje nas do informacji, a tam co? "nie wiem", po drodze zapytaliśmy chyba z 20 osób z obsługi gdzie odbywają się warsztaty i nikt nie wiedział. Sprawdziłam w necie. Sala podana. Teraz pytanie gdzie ona? Grupa była coraz większa i wszyscy zgodnie latali 5 razy góra dół po ICE (to naprawdę spory budynek), żeby ustalić gdzie mamy iść skoro już zapłaciliśmy za to. Okazało się, że tą wiedzę tajemną posiada dokładnie JEDEN człowiek. Trzeba tylko znaleźć człowieka. Super. Już szczytem wszystkiego były panie, które poinformowały nas, że to na pewno nie tu (wpuszczały na warsztaty), a potem okazało się, że owszem tu i te same panie sprawdzały czy mamy bilet. Gimnastyka śródlekcyjna... Najbardziej żal mi było pana, który te olimpijskie dystanse pokonywał o kulach. Nie mówili, że to zawody Iron-menów.

Warsztat numer 1, miało być 3 panów prowadzących, na sali małżeństwo. Ja nie sprawdzałam, ale z rozmów z uczestnikami dowiedziałam się, że tu organizatorzy dobrze się sprawili - informacja o zmianie prowadzącego pojawiła się od razu w internecie. Nie zazdroszczę, że prowadzący zrezygnowali tuż przed imprezą, więc wielki szacun dla organizatorów, że udało im się znaleźć zastępstwo. Warsztaty okazały się być wykładami. Troszkę smuteczek. Liczyłam na większy udział własny. Nieco dowiedzieliśmy się o wędlinach, nieco więcej mogliśmy zjeść, ale najwięcej mowy było o pensjonacie, który prowadzą państwo wędliniarze. Hmmm i ja płacę za promocję ich działalności gospodarczej. Średnio. Druga sprawa: pan sympatyczny, powiedziałabym, że troszkę szołmen, ale strasznie niezorganizowany. Gdyby nie to, że postanowiliśmy się upewnić co i jak, to wyszlibyśmy z kompletnym miszmaszem w głowach. Na pytania odpowiadała pani. Spokojnie, po kolei i spójnie. Moim zdaniem byłaby lepsza jako prowadzący, choć chyba mniej niż pan lubi wypowiadać się publicznie (takie przynajmniej odniosłam wrażenie). W sumie troszkę się dowiedzieliśmy, ale by zacząć samemu, uzyskane informacje nie starczyłyby nawet na początek. By zainteresować się tematem, owszem. Najfajniejszy kawałek to napychanie kiełbasy. Wprawdzie robota tylko dla dwóch osób, ale wreszcie warsztat. To mi się podobało.

Chleby. Sala ta sama (ufff). Prowadzący: jeden piekarz zawodowy, jeden piekarz domowy. piekący od 5-6 lat (ja piekę od około 3). Spodziewałam się, że dla mnie bardziej wartościowe będzie spotkanie z zawodowcem, choć z blogów kojarzę co najmniej paru piekarzy domowych, których poprosiłabym o autograf i terminowanie przy zamiataniu podłogi w kuchni. Well, pan prowadzący do nich nie należał. Nie wiem, może kwestia osobowości i braku umiejętności przekazania wiedzy, ale przy zawodowcu wypadł słabo. Na sali około 40 osób z czego ok. 3 osób piecze. Pan piekarz zawodowy opowiada o zakwasie. I 5 fazowej metodzie prowadzenia stosowanej w piekarni i w cyklu trwającym 24 godziny. Zakład, że jak ktoś nie piecze, jak usłyszy coś takiego, to nie zacznie? Oczywiście pan pokazał nam zakwas z piekarni - fantastyczny. Zapach super, wygląd super, małe urocze bąbelki wszędzie, ach co za piękny zakwas. Mój w porównaniu wali octem (wcale nie mocno, ale przez porównanie) i jest brzydalem. Za to nie muszę wstawać co 4 godziny by go karmić i zmieniać temperaturę pobytu. I mogę chodzić do pracy.

Co na temat zakwasu powiedział pan piekarz domowy? Że on to oczywiście robi prościej, no dokarmia, no zostawia, a od kiedy zna pana piekarza, to stara się pilnować temperatury. Ja wiem jak zrobić i dokarmić zakwas, mój chłop też wie, bo dokarmia. Nasza reakcja: eee co? Przepraszam to jest instrukcja? Jak ktoś wie jak to zrobić, to mu nie potrzeba, żeby pan cokolwiek mówił, jak nie wie, to dalej nie wie. Chyba, że planuje zastosować metodę z piekarni. Dostaliśmy od pana domowego przepis na jego chleb oraz do spróbowania wypieki obu panów. Ciekawe, nie powiem, trzy rodzaje chleba z tego samego przepisu, tylko ze zmienną mąką. Mąż twierdzi, że moje lepsze, ale to jest rzecz gustu, więc nie ma o czym gadać, chleby były zrobione jak należy. Ciekawie było dowiedzieć się jak to działa w piekarni (dyżury co weekend na karmienie zakwasu) i pilnowanie wszystkiego co do minuty i co do pół stopnia, żeby np. chleb na pewno nie pękł bo pęknięte się nie sprzedają. No nie wierzę, czasem pęknięcia to najpiękniejsze części chleba. No ale biznes jest biznes. Po fakcie dopytałam pana zawodowca o wyrastanie w lodówce (dziękuję bardzo za poradę - pomogło) oraz o technikę formowania okrągłego chleba (z tego co mówił robię ok). Każdy kto chciał dostał butelkę zakwasu na żurek i zakwasu na chleb wymieszanego z dużą ilością mąki (całkiem suchy) - też przydatna wiedza, że tak się da (ponoć 2-3 tygodnie wytrzyma w stanie suchym). Moje wrażenie ogólne jest takie, że dla kogoś kto piecze przydatne były tylko rozmowy w kuluarach. Ktoś kto nie piecze raczej nie zacznie chyba, że przed warsztatami był już mocno zdeterminowany i w sumie bez różnicy czy by na nie poszedł. A żal mi bardzo, bo przy dobrej organizacji dałoby się w godzinę pokazać każdy etap przygotowania chleba. Oczywiście wymagałoby to sporego wysiłku (przygotowania półproduktów w różnych fazach wzrostu), ale byłoby ciekawe i pozwoliło chociaż wyobrazić sobie jak to działa. Bardzo przydatne jak ktoś nie piecze (tak jak poprzednio kiełbasa).

Ogólnie warsztaty: trochę mnie zawiodły. Może ostro oceniałam prowadzących, ale sama często występuję publicznie i po prostu nie wyobrażam sobie, by brać kasę za tak przygotowane wypowiedzi. Powiedzmy poziom konferencji studenckiej i to z tych słabszych (wyjątek - piekarz zawodowy). Cośtam zapisałam, ale raczej nie będę wracać do tych notatek. Całkiem jak na konferencji. Rozumiem, że w godzinę nie upieczemy chleba ani nie uwędzimy dzika, ale dałoby się to zrobić lepiej (i opisać precyzyjniej na stronie czego można się spodziewać). Także uczucia mieszane, ale raczej więcej nie pójdziemy (na warsztaty, bo na samą imprezę chętnie).

Stoiska. Architektura budynku wymusiła na organizatorach ustawienie stoisk na różnych piętrach. Pewnie jakąś swoją koncepcję mieli (na pewno grupy producentów razem), ale dla mnie było to mało czytelne. Grupę producentów zostawiając w spokoju, degustację win także, dalej nie pojmuję czemu tłocznie soków były rozrzucone dokładnie po całym budynku, każda w innym kącie, serowarzy część razem, część osobno - zdecydowanie do dopracowania. Ja bym ustawiła branżami. Sery razem, wędliny razem, soki razem. Jest szansa by porównać produkty, a jak chcemy wrócić do jakiegoś stoiska to nie musimy znów latać wte i wewte po całym budynku, bo łatwo ogarnąć co gdzie.

Ale tak w sumie było dużo lepiej niż poprzednio. Zdecydowanie więcej miejsca (pół salki w expo było zdecydowanie za małe) nie było przepychania, nie było duszno - pod tym względem nowa lokalizacja zdecydowanie lepsza. Bieganie po schodach i brak jasnej informacji (a jak opisałam także panika i brak jakiejkolwiek informacji momentami) na minus. Ale jak wspomniałam, wszystkie zarzuty do organizacji wynikają raczej z chorób wieku dziecięcego imprezy. Mimo wszystko, gdyby większość ludzi była w pracy tak profesjonalna jak państwo z obsługi imprezy, to ich kariera skończyłaby się szybko i boleśnie.

sobota, 7 listopada 2015

Oliwa, pasta z oliwek i pomidory suszone Frantoio Ghiglione

Dostaliśmy w prezencie taką elegancką paczkę włoskich produktów. Prezent był ofiarowany jak najbardziej na okazję, przywieziony prosto z Włoch, prezentowi towarzyszyła jednak prośba by ocenić produkty i dać znać czy ma to u nas szanse. Hmm, co do marketingowej wartości mojej opinii, to nie wiem czy bym na niej polegała, jedzenie ma dla mnie bardzo dużą wartość, więc i nie żałuję kasy na dobre produkty, za to pewnych nie kupuję wcale. Nie jestem raczej typowym konsumentem.

Ten produkt należy jednak to tak zwanego segmentu premium. Znaczy to tyle, że oliwa nie jest mieszanką oliw stąd i stamtąd, tylko dokładnie podany jest gatunek oliwek i jego pochodzenie, to samo przy paście z oliwek, na pomidorach brak już tej informacji, ale skład w dalszym ciągu jest mocno ok. Tym w ogóle zdobyli moje serce. Ja nie cierpię pomidorów w oleju! (jak się wczoraj przekonałam, nie lubię tych w silnikowym, w dobrej oliwie są pycha). Ale znaczy to też zapewne, że cena rynkowa produktu może być wysoka. Po kolei:
Oliwa:
Oliwa z oliwek extra vergin z Taggiasca (informacja o pozyskaniu bezpośrednio z oliwek za pomocą środków mechanicznych - jak każe Unia, jest na miejscu). Z internetów powzięłam informacje, że oliwki te uprawiane są w Ponente w zachodniej części Ligurii. Oliwki z Taggiasca są niewielkie, podobne z oliwek nicejskich (co o tyle nie dziwne, że niedaleko do siebie mają, tylko hyc przez granicę), głównie używane do produkcji oliwy, bo poziom oleju w owocu to 23-26%. Kolor oliwek jest jasnozielony, wpadający w żółty.
I widać to w produkcie, oliwa ta jest po prostu żółta, a nie jak np. oliwy hiszpańskie (a przynajmniej te popularnie spotykane) czy greckie (zastrzeżenie jw) wpadające w zieleń.

Oliwa łagodna w smaku, także spokojnie można pić ją prosto z kieliszka, tak jak zrobiliśmy to do testu. Lekką ostrość uzyskuje się dopiero po wypiciu całego kielona. Trzeba zatem dobrać do czego nada się ta oliwa, raczej dania łagodne w smaku, intensywny smak potrawy zabije delikatny smak oliwy. Nawet jedzona tylko z chlebem (specjalnie w tym celu przeznaczony Chleb codzienny Lu - delikatny w smaku) już była stłumiona przez smak chleba. Ale do delikatnych dań, w których olej nie może dominować, a jest takich trochę, będzie idealna.

Pojemność. W paczce prezentowej oliwa raczej nie będzie mieć oszałamiającej objętości - 250 ml. Mam nadzieję, że w normalnej sprzedaży będą większe opakowania, bo szklankę oliwy przy dobrych wiatrach da się zużyć w dwa dni. Specjalnie wybrałam się dziś do sklepu, żeby sprawdzić jak ma się ten produkt do oferty. Przyznam, że nie przyłożyłam się do tego jakoś szczególnie, wybrałam pobliską Almę (bo w końcu delikatesy i zaopatrują się w produkty z wyższej półki, ale poszłam do najbliższej, która jest osiedlowa w związku z czym nie ma takiego wyboru jak w dużej lub nastawionej na klienta z forsą). Oliwy o takiej pojemności w ogóle nie znalazłam, choć wiem, że bywają nawet w moim osiedlowym sklepie.



Pasta z oliwek
Tu zaczyna się bajeczność wczorajszej kolacji. Słoiczek wprawdzie niewielki 170 g, ale też jest to chyba typowa objętość tego produktu (żadnej opcji do porównania w sklepie).

Znów do produkcji użyto oliwek z Taggiasca, które (tu znów internet) do spożycia są fermentowane do czarnych. Skład pasty to oliwki w solance 90% do tego 5% oliwy extra vergin, sól i tymianek. Trochę zastanawia mnie ta ilość, czy 5% to sól i tymianek? Mało prawdopodobne. Widać było że pasta pokryta jest warstwą oliwy, całość pyszna, rozpływająca się w ustach, oczywiście słona (no ale taka ma być), bez jakiejś mocnej goryczki (co zdarza się przy niektórych gatunkach oliwek). Tu zdecydowanie łagodny smak oliwek - bo pewnie z niego wziął się też łagodny smak oliwy - jest na plus dla całości wyrobu. Nie mam zbyt dużego doświadczenia w pastach z oliwek, jadłam zaledwie parę, ale ta była po prostu genialna! Czy jest szansa na jakąś dożywotnią dostawę?



Suszone pomidory w oliwie
No i ostatni produkt. Mój osobisty faworyt. I to nie dlatego, że najlepszy, bo co do tego co lepsze nie możemy się wciąż zdecydować, ale dlatego, że jak wspomniałam na początku, nie cierpię suszonych pomidorów w oleju. Zawsze kupuję suche i namaczam w wodzie. No i wyszło. Ja po prostu nie lubię kiepskiego oleju, a jeszcze bardziej nurzania w nim dobrych rzeczy. Tu prawdopodobnie mamy do czynienia z tą samą oliwą co poprzednio, ale nie zostało to  sprecyzowane na opakowaniu. Łagodna oliwa świetnie się sprawdziła - czuć pyszny, również delikatny smak pomidorów. Skład wyrobu to suszone pomidory 60%, oliwa, sól, przyprawy, czosnek, zioła. Trochę mi przeszkadza, że nie sprecyzowano jakie przyprawy i zioła zostały dodane, tym bardziej, że czosnek został wymieniony oddzielnie. Smakowi jednak nie można nic zarzucić. Lubię pomidory suszone w oliwie. Mniam. A i jeszcze jedno, tym razem miałam możliwość porównania wielkości opakowań - te pomidory są większe od przeciętnych sklepowych, w sklepie też wszystkie były w oleju, a tu mamy w oliwie. Także zdecydowanie jestem zachwycona. 

Mam nadzieję, że pojawi się wkrótce w sprzedaży w wersji każda rzecz osobno, bo pomidory i pastę oliwkową zdecydowanie kupujemy. A jak będzie potrzeba łagodnej oliwy, to i oliwę chętnie kupimy.

wtorek, 26 maja 2015

La Forchetta – wykwintne doświadczenie w nieoczekiwanym miejscu.



Miałam ostatnio wybitnego pecha do restauracji w Krakowie. Jakoś nie mogłam trafić do restauracji, która spełniałaby moje oczekiwania, niezależnie od tego czy droga czy tania. Do La Forchetty zbierałam się długo. Właściwie to rok od czasu gdy pierwszy raz usłyszałam o tej knajpie. W końcu się udało. Mam tam strasznie daleko i jeszcze bardziej nie po drodze, a mimo to (choć minął dopiero tydzień od naszej wizyty) już padła nazwa tej restauracji w planach obiadowych. To chyba mówi samo przez się. Byliśmy zachwyceni. Zdecydowanie powinni założyć oddział w północno – wschodniej części Krakowa, w ramach polityki antydyskryminacyjnej względem mieszkańców tych okolic ;)


Restauracja mieści się przy ulicy Marcika 27, pomiędzy tyłem Centrum Handlowego Zakopianka a torami (kilkaset metrów w stronę Góry Borkowskiej) w budynku biurowym. Z zewnątrz wcale nie zapowiada tak pysznej i wykwintnej kuchni. Ma za to niezaprzeczalny plus – duży parking. I niezbyt wysokie ceny, szczególnie w odniesieniu do jakości.
Wchodzimy. Wita nas duża sala i dwie kelnerki. Zaglądamy do karty, nie wiedząc do końca czego się spodziewać. Słyszałam o tej restauracji jako o włoskiej bądź kontynentalnej. I w sumie oba określenia są uzasadnione. Można zjeść makaron, za to dania główne są zdecydowanie kontynentalne, z nieoczekiwanymi dodatkami. Kelnerki kompetentne, są w stanie opowiedzieć o składzie potrawy oraz polecić konkretne dania pod kątem potrzeb dietetycznych.
Zamówiliśmy:
- sałatkę z kozim serem i burakami – połączenie uwielbiamy. Ja wolę jednak surowy ser, ale to raczej rzecz gustu, bo mój towarzysz uważał, że sałatka jest absolutnie genialna i wspaniale, że ser zgrillowano,
- polędwiczki wieprzowe w palonym sianie (to był kulinarny orgazm). Mnie by do tego wystarczyła sałata, ale towarzysz piał głośno na towarzyszącą polędwiczkom kaszę z cebulą, grzybkami i groszkiem. Ja też muszę przyznać, że kasza była przepyszna (choć wyczułam pieczarki a nie grzyby leśne, ale też dalej chyba od sezonu nie mogliśmy trafić, więc może można spodziewać się i leśnych – wcale bym się nie zdziwiła, bo jakość składników mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła)
- żeberka w miodzie i gorczycy na sałacie. Też genialnie. Glazura miodowo – gorczycowa idealnie wyważona. Ślinka mi cieknie na samą myśl :) 


Porcje wystarczająco duże, że ja już po zjedzeniu jednej sałatki na pół oraz po jednym daniu (wymienialiśmy się oczywiście) byłam tak objedzona, że na dwa dni by mi starczyło. Chłop jak to chłop stwierdził, że jeszcze by coś zjadł. Zdecydował się na ciasto bananowe. I to moim zdaniem była pozycja o wiele słabsza od dań głównych. Ciasto było lekkie, ale stosunkowo suche, co raczej mnie zdumiało w cieście bananowym. Ale może jestem zbyt surowa – zdecydowanie najlepsze ciasto bananowe robi moja koleżanka, Restauracja powinna się do niej zgłosić ;)
Jeżeli chodzi o napoje, to pójście w morawskie wina było naprawdę dobrą decyzją. W końcu to wino, do którego z Krakowa mamy stosunkowo blisko. Próbowałam wina stołowego – szkoda, że w Polsce nie jest praktykowana bezpłatna kranówa (czy też tania woda źródlana) na każdym stole, chętnie bym je sobie rozmieszała z wodą. Za to lemoniada, którą zamówiliśmy okazała się być bardziej czymś w rodzaju wody z cytryną, za co daję minuta, bo zrobienie lemoniady, to w końcu żadna filozofia (wcale bym nie płakała, gdyby uwarzył ją kucharz, a nie kelnerka ;))

Trzeba także pamiętać, że w kuchni wszystko przygotowywane jest na świeżo dla konkretnego klienta, w związku z czym trzeba nastawić się na oczekiwanie 20 – 30 minut na potrawę. Trochę brakuje „czekadełka”, choć słyszałam, że czasem bywa – np. kawałki owoców. Szkoda, że nie jest to stała praktyka. My na szczęście byliśmy jeszcze dość najedzeni, ale jakby ktoś przyszedł wściekle głodny, to mógłby nie wytrzymać ;)
I ostatnia kwestia: znak rozpoznawczy restauracji – kwadratowe kamienne talerze o chropowatej powierzchni. Gdy kelnerka serwuje tak podane danie to szczęka opada, jednak jest to mało wygodne rozwiązanie, nóż zgrzyta na chropawej powierzchni i brakuje trochę podwyższonego brzegu. Cały obiad zastanawiałam się czy coś mi nie wyląduje na obrusie. Plus jest taki, że na życzenie klienta podadzą obiad na zwykłym ;) Gorąco Was jednak namawiam, żeby choć raz spróbować kamiennego talerza, bo wrażenie jest oszałamiające. Naprawdę można doznać szoku, gdy najpierw przejdzie się przez parking Decathlona, potem potupta wzdłuż torów kolejowych, wejdzie do biurowca i dostanie do jedzenia tak wykwintnie podane i pyszne dania. 

Zdecydowanie był to dobry wybór i na pewno nie ostatnia wizyta w tej restauracji. 

Zdjęcia pochodzą z archiwum restauracji La Forchetta. Bardzo dziękuję za udostępnienie (tym bardziej, że nie wiedzą co napisałam :)).

czwartek, 3 lipca 2014

Największa sałatka w moim życiu - Restauracja Nea Folia Saloniki/ The biggest salad in my life the Nea Folia Restaurant in Thessaloniki

Jak już wspomniałam ostatnio byłam w Grecji. O ile jeśli chodzi o zwiedzanie, to zdecydowanie wolałam uciekać z miasta niż w nim siedzieć - jest duże, tłoczne i niestety raczej brudne, to na kulinarna wyprawę zdecydowanie polecam Saloniki. Z uwagi na okoliczność, że nasz hotel Orestias Kastorias (polecam, jakby ktoś się wybierał w te okolice, po ostatniej wizycie w Warszawie w 3* nie mogłam uwierzyć że to są dwie, raczej 10, albo Warszawa powinna coś przemyśleć) nie oferował jedzenia ani możliwości przygotowania czegoś na ciepło (a szkoda - na myśl o tych rybach na targu, które kupił i przyrządził ktoś inny, aż mi słabo), dość często stołowaliśmy się na mieście. Ponieważ rekomendacje udzielane przez obsługę hotelu były fantastyczne w zakresie każdej absolutnie kwestii (zwiedzanie, autobus, czas dojazdu - wszystko) postanowiliśmy zapytać również o restaurację. Recepcjonista polecił nam dwie, jedną bardziej turystyczną, drugą absolutnie nieturystyczną. Oczywiście wybraliśmy tą drugą. Jednak chyba troszkę turystyczna była, bo umieszczoną ją na TripAdvisorze, a i menu po angielsku się zjawiło i kelner mówiący doskonale w tym języku (chyba najlepiej ze wszystkich napotkanych Greków). 

Restauracja pierwsze wrażenie robiła, hmmm słabe. Mała brudna uliczka zastawiona samochodami, cały personel siedzi na zewnątrz na jakichś skrzynkach. Środek też lekko obskurny. W środku nikogo. Już mieliśmy uciec, ale głód i dotychczas rewelacyjne rekomendacje recepcjonistów zatrzymały nas w środku. Patrzymy w menu, a tu 7 euro za sałatkę. Zastanawialiśmy się czy wiać, ale znów rekomendacja recepcjonisty kazała nam pozostać na miejscu. No i kelner który naprawdę swobodnie rozmawiał po angielsku. Wzięliśmy dwie sałatki i zastanawialismy się nad daniem głównym. Kelner odradził nam ten krok, powiedział, że porcje są naprawdę duże, więc jeśli naprawdę jesteśmy aż tak głodni, lepiej żebyśmy się podzielili jedną porcją. Postanowiliśmy zatem poprzestać na sałatkach i ewentualnie domówić danie główne potem, jeśli okaże się, że wciąż mamy na nie ochotę. 

Tu pojawia się zabawna scena: kelner wychodzi z knajpy i zaciąga do pracy kucharza :D Na stole ląduje woda - niestety kranówa, niezbyt smaczna nawet po zmrożeniu, w końcu jesteśmy w środku wielkiego miasta i nieodłączny chleb (tym razem grzanki czosnkowe, których nie tknęliśmy, a i tak nam doliczyli - co kraj to obyczaj). Po upływie czasu, jaki ściągnięty z ulicy kucharz potrzebował do przygotowania naszego dania pojawia się pierwsza sałatka. Ni mniej ni więcej tylko zrobiona praktycznie z główki sałaty, z różnymi dodatkami, a po niej druga dokładnie tej samej wielkości. Hmmm kelner miał rację, nie zamówilismy już nic więcej. Sałatki były pyszne, naprawdę warte swojej ceny. Dobrze, że do hotelu szło się w dół, bo ledwo wytoczyliśmy się z restauracji. Naprawdę można polecić nawet mitologicznym cyklopom, porcje w sam raz dla nich.

As I have mentioned before, I was in Greece lately. Telling about sightseeing - I preferred to run away from the city, than to stay there - it's big, crowded and unfortunately rather dirty, but for the culinary trip, I strongly recommend Thessaloniki. Because our hotel Orestias Kastorias (I also recommend it, after my last trip to Warsaw where I slept in 3*, I couldn't believe, it has only 2, rather 10, or maybe Warsaw should rethink sth), hadn't offer any food (no breakfast) or possibility to prepare anything warm (that's a pity - I feel really bad when I think that those perfect fish from the market were bought by somebody else and prepared by them ;)), we ate a lot in restaurants. The recommendations made by our hotel staff were excellent on every field (trips, buses, how long takes journey - just everything) we decided to ask the staff also about restaurants. Receptionist recommended us two - one turistic and one non-turistic. Of course, we decided to go to non-turistic. Which actually was a bit turistic anyway because it was put into a TripAdvisor, menu was written in English, and waiter could speak English very well (I think the best English speaking Greek we met).

The first impression on the restaurant was hmmm, poor. Tiny, dirty street with cars parked everywhere, all staff outside sitting on empty containers. Inside also a bit shabby. No-one inside. We planned to run away but we were too hungry and besides, hotel's staff recommendations were always great. We looked at menu and found salad for 7 euro. It looked terrible, but again, we thought that we should wait, because of those excellent recommendations of the hotel's staff. And this waiter who spoke really nice English was great. We decided on two salads, and thought about a main course. The waiter told us to be careful with that - their portions are really huge, so if we want to take it, we should decide on one dish to share, because it is simply impossible to eat 2 salads and two main courses. So we decided to eat only salads and if we were still hungry just ask for sth else. 

Now is the funny moment:  waiter go on the street to ask chef to go to his work :D On the table we found cold water - unfortunately tap water - not really tasty, even really cold, and bread, they always serve it and add to your bill, this time garlic bread. After the time our taken from the street chef needed to prepare our dishes, the first salad appeared. No less but made from the whole head of lettuce with different adds after this the second one, exactly the same size. Hmm the waiter was right, we couldn't eat anything more. Salads were great, and really worth for money. It was great that the way to the hotel was down, we couldn't go up with so full stomach. We nearly couldn't move! We can really recommend this restaurant even for the Cyclops from the Greek Mythology, portions were tailored for them ;)